Zanim jeszcze rozpocznę pisanie tematyczne (a kilka tekstów jest w drodze, są stale rozwijane i będę musiał się zastanawiać, co wywalić), opowiem Wam o sytuacji, która przytrafiła mi się dzisiaj.
Idę sobie na uczelnię, na poprawę jednego z kolokwiów, a tam widzę młodzież. Chyba z rocznika '93. Niektórych właśnie poznaję, bo miałem z nimi praktyki z angielskiego, jak jeszcze chodzili do gimnazjów. Zaczepiają mnie, robią zdawkowe wprowadzenie i zadają pytania. Coś było o UE; chodziło o jakieś stanowisko, które teraz zajmują Węgry, a Polska ma przejąć ten urząd w lipcu. Zaraz, moment. Na ubogą karteczkę informacyjną, napisaną przez burmistrza miasta spojrzę... Chyba już zdążyłem wyrzucić. Chodziło z pewnością o jakieś kierownicze stanowisko w jakiejś radzie. Zresztą, co mnie to. Unia mnie nie obchodzi, ja jej też nie powinienem.
Tak się patrzę po ich nietęgich minach i się pytam, jak myślą, po co jest mi ta informacja? Do czego ona mogłaby mi się przydać? Chwila myślenia z ich strony. Nie wiedzieli. Jeden w przypływie trzeźwego spojrzenia na sytuację odpowiedział: "no wie pan, jakby pan kiedyś brał udział w jakimś teleturnieju..." Na te słowa uśmiechnąłem się szczerze.
Pomyślmy teraz... Ci ludzie jeszcze nie wiedzą, jak mają działać w społeczeństwie, żeby coś uzyskać. Robią to, co im wymusiciele powiedzieli. Sami się przyznali do tego, że gdyby nie to, że im kazali, w ogóle by ich tutaj nie było. Zbędna sprawa. Burmistrz przypomina (się chwali), że Polska wchodzi gdzieśtam na jakieśtam miejsce w Unii i nawet nie zbiera ludzi, żeby powiedzieć, co można z tym zrobić, tylko rozsyła młodych licealistów po mieście, żeby ludzie się poczuli dumni, że Polska cośtam. Zamiast jakiejś kampanii, pt. "co możemy na tym zyskać?", informacji na temat, dostaję czekoladkę w opakowaniu reklamującym "mój" powiat. Chyba nie muszę teraz pisać, jak bardzo to było napełnione sensem... poza tym, że jedna z licealistek bardzo mi przypadła do gustu i szczerze ŻAŁUJĘ, że nie poprosiłem jej o numer.
Wracając do tamtego fragmentu rozmowy, uczestnicy akcji promującej czekoladki w opakowaniu powiatu chcieli uciszyć gościa, który szczerze powiedział, co myśli, na co odpowiedziałem, że wg mnie to on ma rację i że zamiast wykorzystywania ich do takich zadań, ci na wyższym szczeblu drabiny społecznej powinni sami sobie zadać trud i coś w mieście na ten temat mówić. Myślę teraz o tym, żeby chociażby dać kasę ludziom rozdającym ulotki, itp. Możliwe, że jakieś spotkanie dopiero się stanie, ale co tam. Plany są chyba jeszcze w przygotowaniach, na razie euforia i czekoladki dla każdego. Dodałem w rozmowie, że niektórzy mnie pamiętają (co przyznali) i że do tej pory wyrobiłem sobie zdanie o szkole. Powiedziałem kilka słów, po których usłyszałem: "jedyne sensowne zdania dzisiaj!" (a co to było, to przemilczę), zostałem dość mocno i po koleżeńsku klepnięty w plecy i w towarzystwie uśmiechów poszedłem w swoją stronę.
Zapamiętałem twarz tamtej dziewczyny. :D
Wniosek? Młodzież odczuwa fałsz, jaki kryje się za wszelkimi systemami. Młodzież z obawy przed trudnościami od wymusicieli różnej maści, bo nie tylko tych szkolnych, posłusznie wykonuje zadania. Na szczęście są jeszcze w wieku, gdy jeszcze nie są w to wciągnięci i mają bardzo mgliste pojęcie o organizacji czegokolwiek w naszym kraju...
...z pewnością poza nieformalnymi sposobami ;).
Na dzisiaj tyle.
a tu macie na uspokojenie nerwów. :)