Wróciłem pełen werwy i energii z dwóch względów. Pierwszy i bardziej istotny, to praktyki jako germanista w tutejszym gimnazjum, z których doświadczenia postaram się wylać i tutaj; a drugi, to zbliżający się rok akademicki.
Natchnienie do napisania posta dała mi pewna miła w dotyku osóbka, z którą prowadziliśmy dość zawiłe (jak na nasz stan umysłu) dysputy o rzeczach różnistych. Rozmowa zaciekawiła mnie bardzo, gdy powiedziała mi, że wyrażam się bardzo formalnie i buduję długie konstrukcje zdaniowe (oczywiście powiedziała to prostszym i bardziej nacechowanym emocjonalnie językiem). Trawiłem sobie to w głowie do czasu, aż mi się nie zapaliła żaróweczka, że kurde, wiem dlaczego! Co by nie było, że moje skojarzenie jest bezpodstawne, na podparcie moich myśli przywołam zmodyfikowaną treść hipotezy Sapir-Whorf, której treśc stosuje się w naukach kulturoznawczych, a mówi ona o tym, że język wpływa na postrzeganie świata przez jego użytkownika. W tej teorii ma się na myśli swój pierwszy, ojczysty język. Naturalnie do niego dochodzą potem języki obce, których poznawanie zwiększa tolerancję na różnice kulturowe.
Nie dziwota, że lubię słowne gry, zabawy dźwiękami, formą i tworzenie z nich pozytywnych bodźców. Jako kształcący się filolog poznałem masę słownictwa i wiele konstrukcji gramatycznych, z naciskiem na te, które były uznawane za "piękne" i "klasyczne". Wyćwiczony, korzystam z nich do tej pory. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że prawdziwa treść którą chce przekazać, jest tak głęboko zakopana w różnych-różnistych strukturach, które są wyuczone i tak naprawdę "nie moje". Dlaczego człowiek, który poznał tyle słów, tyle sposobów wyrażania zdań, intonacji, kontekstów nie jest odbierany za osobę autentyczną? Osobę o dobrych intencjach; przyjazną i ciepłą? Otóż, ponieważ, to wszystko wyuczone, nie było nabyte drogą naturalną. "Wykształcony ja", nie jest "prawdziwym mną".
Dążę teraz do tego, że w szkole, każdego przedmiotu trzeba się czegoś nauczyć nie tyle rozumiejąc dokładnie jak to działa i jak można z tego skorzystać w przyszłości, ale po prostu opanowując dane zagadnienie od strony językowej. Przypomnijcie się reguły gramatyczne, które się wykuwało na pamięć, albo suchy i formalny język przedmiotów ścisłych, który wymaga doskonałej precyzji. Teraz z kolei wyobraźcie sobie człowieka, który dużą część życia spędził w wojsku, gdzie niejednokrotnie mu łamali psychikę tłumacząc to wdrażaniem dyscypliny. Każdy z tych ludzi będzie się komunikować inaczej, każdy w rozmowach będzie zwracać uwagę na zupełnie inne aspekty życia. Naturalna sprawa. Nie ma o czym rozmawiać, jeżeli dziedziny i zainteresowania się nie pokrywają. U mnie jest to też widoczne. Chociażby w tym, że buduję długie zdania, jestem kontaktowy, czasami trochę suchy i mówię, jakbym pisał pracę na zaliczenie.
Tak. Oprócz strategii wypełniania luk w rozmowie (które wykraczają poza zwykłe "eeeee" i potrafią być całym zdaniem) staram się świadomie kontrolować zdania jakie wypowiadam z kilku względów. Chcę się wydać osobą wykształconą i być jak najbardziej dokładny w tym, o czym mówię. Rozwlekam się i z argumentu skaczę do kolejnego i kolejnego. A to na koniec sumuję.
Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że im więcej edukacji tym trudniej człowiekowi odbudować kontakt z "naturalnym sobą". Im więcej wiem, tym trudniej mi to opuścić, bo kim ja będę bez takiej wiedzy? To zahacza o buddyzm, i to o jego odłam Zen dość mocno, jakkolwiek na ten czas mojego życia nie mam czasu, ani ochoty wchodzić w to głębiej z tej strony. Jeszcze chcę się bawić tą materią, swoimi możliwościami, bo zawsze jest ta szansa i nadzieja, że coś da się zmienić. I to na dobre. Chcę wejść w ten temat języka wpływającego na ludzkie życie i światopogląd od strony szeroko pojętej edukacji. Tutaj pytanie powinno brzmieć: "czy w ogóle warto się uczyć, skoro po tym wszystkim wychodzę inny/a i zmieniony/a?".
Pomyślmy teraz, jak to wygląda z punktu widzenia ucznia w szkole. Czy nasza edukacja nas zmieniła? Jak bardzo? Język których przedmiotów zdominował nasze umiejętności komunikacyjne?
Odpowiedź na to jednakże jest za trudna dla mnie teraz, jakkolwiek jestem pewien, że w moim procesie zdobywania wiedzy powinienem częściej "włączać filtry". Po przyjęciu niektórych informacji uważać, żeby nie zmieniły mojego światopoglądu i nie budowały fałszywych generalizacji. Człowiek ma tendencję do ślepego pozostawania przy swoich generalizacjach, co zamyka go na doświadczenie czegoś nowego. Jako osoba "podążająca w kierunku światła", świadomie to zmieniam.
Mam nadzieję, że mój punkt widzenia okazał się jasny, w razie nieścisłości, albo błędów, poprawię tego posta. Dziękuję za uwagę. :)