Jestem teraz w stanie rozległego zwątpienia, szczególnie we wszystko to, co do tej pory uznawałem za moje plany na przyszłość.
Mam wrażenie, że wszystko to, co uważałem za ważne i potrzebne nie ma racji bytu; moje wykształcenie, pomysły, nawet zainteresowania. Nie idą one w jakimkolwiek kierunku, który w przyszłości będzie dawał mi podstawy do tego, aby żyć w tym społeczeństwie. To się udowadnia w dyskusjach. Do tego pojawia się jeszcze agresja, a nie wiem w jaką stronę powinienem ją wyładować; czy na siebie, czy na cały świat?
Język jest postrzegany przez każdego człowieka indywidualnie, na różnych stopniach wrażliwości, z czego ci mniej wrażliwi ludzie za nic nie zrozumieją tych bardziej wrażliwych. Do tego dochodzi jeszcze coś, co zaobserwowałem u wielu ludzi, a jest to opór względem chęci spojrzenia na to, jak język działa na drugiego człowieka, nawet po fakcie, gdy to tłumaczę.
To zajęcie jest bez sensu; a przynajmniej nie na teraz.
Na domiar doła zastanawiam się, czy ma sens skończenie drugiego kierunku na studiach?
Potem...
Skąd mam czerpać wiedzę o tym, jak zadziałać w tym obrzydliwie sformalizowanym świecie? Czy ta wiedza będzie przekazana przystępnie? Tak, że będę wiedział co i kiedy mam zrobić?
Na pewno niedługo poznam odpowiedź. I mam nadzieję, że mnie ona zadowoli.