czwartek, 23 czerwca 2011

GNIEW

Dzisiejszy temat opierać się będzie poniekąd na teorii typologii osobowości, "enneagramu", informacjach z testów kinezjologicznych, może czegoś z Dalajlamy i będzie to połączone, naturalnie, osobistymi przemyśleniami.

Zacznę od enneagramu. Nie będę wprowadzać, bo nawet na wikipedii można znaleźć dość obszerny artykuł o tym z czym się to je.
Pisząc baaaardzo ogólnie, enneagram opiera się na ludzkich wadach; w każdym razie na tym, co nazywamy wadami i możemy wadami nazwać. Im ma się więcej widocznych "wad", tym jest się bardziej widocznym numerkiem. Podstawowy podział wychodzi z 3 emocji, które są dla człowieka pierwotne. Czyli na wstydzie, strachu i gniewie. Nie mam zamiaru pisać teraz o odcieniach tych emocji, poza może tym, że na gwiazdce...


..jak widać został dokonany tymi czerwonymi liniami podział na 3 części. Na dole są typy, których wyzwaniem jest głównie wstyd/głód uznania (2, 3, 4) i strach/lęk (5, 6, 7). Natomiast typy 8, 9, 1, są typami, którymi kieruje gniew. No, agresja, złość; różnie to można nazwać.

Teraz pytanie.

Czy ich umieszczenie na górze gwiazdki jest przypadkowe?

Z pewnością się domyślacie, że odpowiedź brzmi "nie". Pal teraz licho strategie radzenia sobie z gniewem tych typów, chodzi o przejrzenie tych emocji z pewnego punktu widzenia. Posilę się informacjami, które pewna dobra osoba wkleiła na forum enneagramu, a łączą się z czymś, co zostało nazwane "testem kinezjologicznym" i poziomami świadomości wg dr Hawkinsa (którego niestety nie znam za bardzo dobrze).

O ile dobrze czytałem testy te opierały się na wprowadzeniu badanego w jak najbardziej neutralny stan emocjonalny (uważam, że totalna neutralność jest niemożliwa). Osoba badana była wprowadzana w stan zrelaksowania w pozycji stojącej i miała rozłożone na boki ręce. Reakcje na bodźce kojarzące się z emocjami, albo pojęciami, które wprowadzali badający polegały na wzmacnianiu, lub osłabianiu oporu rąk badanego na lekki nacisk na nie. Jakkolwiek dalszych informacji nt. sposobu obliczenia tego nie posiadam, niestety.
Teraz, im niższy stan emocjonalny, tym niższa wartość cyfrowa (info zaczerpnięte z tego tematu: klik ; zresztą na tym samym subforum znajdziecie informacje o teście kinezjologicznym).

Poziomy energii, bez opisu stanu świadomości:

20: Wstyd
30: Wina
50: Apatia
75: Żal
100: Strach
125: Pożądanie
150: Złość
175: Duma
200: Odwaga
i dalej aż do 1000

Dopiero od "Odwagi", zaczynają się te wszystkie pozytywne poziomy zdrowia. Odnosząc do to "enneagramu", łatwo można zauważyć, że największe problemy mają ze sobą typy 2, 3,4, 5, 6, 7, których emocje i postrzeganie świata opierają się na wstydzie i strachu i odcieniach tamtych emocji.

Opierając się na tym źródle możemy śmiało stwierdzić, że gniew/złość utrzymuje nas na wyższym poziomie świadomości niż wstyd, który sprawia, że chcemy się zapaść pod ziemię, albo strach, który każe nam się ukrywać. Obie z tych emocji muszą więc blokować drogę do konfrontacji ze sobą i ze swoim życiem.
Osobiście wydaje mi się, że ta "Złość", którą dalej będę nazywać "gniewem" jest tutaj kluczem do wzrostu.

Ale, ale! Dlaczego w ogóle gniew? Przecież to bardzo negatywna emocja jest! Kontaktu z ludźmi, którzy się gniewają i kierują się właśnie takimi pobudkami nie da się opanować. Trzeba ich stale uspakajać...
No właśnie tutaj jest pies pogrzebany.

Od jak dawna ludzie, którzy są ponad słabszymi radzą sobie ze wszelkimi sposobami wyrzucania gniewu poprzez represjonowanie? Straszenie i zawstydzanie? Człowiek, który jest "wkurwiony" potrafi wziąć sprawy w swoje ręce i, szczególnie wspomagany przez desperację, rozwiązać pewne problemy raz na zawsze. Szczególnie, gdy to burzliwe emocje przejmują ster świadomości. Ludzie, którzy zostali w procesie kształtowania świadomości w społeczeństwie ugrzecznieni, będą się bali tych, których energia jest dzika i nieposkromiona. Człowiek w gniewie nie czuje tych granic. Może zniszczyć pewną tamę, która blokuje go przed wyjściem ze swojego osobistego Matrix'a. Takich kompleksów, towarzystwa krzywdzących ludzi, przedmiotów; ogólnie od wszystkiego. A kto trzyma ludzi z daleka od ich gniewu? Wymusiciele! W specjalnej odmianie "Tłumicieli", jakkolwiek. Nie tylko w szkole można ich znaleźć. A chwila zastanowienia może teraz przed Wami otworzyć jakiego rodzaju ludzi mam na myśli.

Jak traktowane jest w szkole dziecko, które jest bardzo aktywne i nie wie co ma zrobić ze swoim gniewem? Które nie wie jak ma się wyżyć? Takim stawiane są uwagi i nagany. Młody człowiek ma wtedy dwie możliwości strategii poradzenia sobie z tym, jedna należy do przeszłości i sam miałem z tym nieco do czynienia, druga stosowana jest coraz częściej. Pierwsza polegała na tym, że taki ktoś jest łamany psychicznie przez takich wymusicieli i nierozładowany gniew buzuje wewnątrz, przekształcając się w jedno z dwóch na niższym poziomie. W strach ("bo biją i karzą i trzeba uciekać"), albo wstyd (bo jestem zły i niedobry i nie mogę być tym, kim jestem"). Druga kwestia, która wychodzi od niedawna i jest o wiele lepsza, ale niszczy relacje w szkole, a w szczególności tej państwowej, to usilne zabieranie autorytetu takiemu wymusicielowi przez uczniów, co przynosi rezultaty, jeżeli taki wymusiciel jest daleko od wsparcia takiego dyrektora placówki, albo kogoś w tym stylu. Tylko skąd młodzi ludzie mają o tym wiedzieć? Kto im o tym powie?

Idealizując, w szkole (państwowej) powinny być zajęcia właśnie uczące o psychice człowieka, chociażby, aby można było rozmawiać o gniewie i jego przejawach. Odnaleźć osobiście strategie radzenia sobie z nim na różny sposób. Świadome kierowanie gniewem. Tłumienie może spowodować, że młoda osoba będzie szukała różnych dróg ujścia już nie gniewu, a nienawiści. A pod to podczepiają się ideologie, które są już trudne do wyleczenia. To naprawdę boli człowieka od środka, jak ma się pozbyć jakiejś ideologii, to jak zrywanie nadpsutego strupa z głębokiej rany.

Co zrobić z gniewem? Wielu ludzi o tym myślało. Są substytuty radzenia sobie z gniewem, jak np. pójście sobie na imprezę i wpierdolenie komuś za to, że ma krzywe ucho. Można zacząć trenować jakiś sport, co daje o wiele lepsze rezultaty i wykształca wrażliwość na własne ciało. Jednak jeżeli czynnik wywołujący gniew staje się nie do zniesienia, to znaczy, że trzeba i można coś z tym faktem zrobić. Człowiek gniewny jest czynny, może działać, człowiek wstydliwy i zastraszony woli uciekać od działania. Człowiek aktywny zmienia świat samodzielnie, a pasywny pozwala na wprowadzanie zmian do swojego świata.

Dalajlama w książce pt. "Uzdrawianie gniewu" mówi o swoich sposobach na radzenie sobie z gniewem. Opisuje różne jego aspekty i wspomina, że gniewanie się np. w kwestii spraw które przeminęły i już nie wrócą jest bezsensowne, bo z nimi już nic nie można zrobić. Natomiast tam, gdzie można działać i należy to zrobić, to się robi. Inaczej pozwala się innym na kierowanie sobą. A lepiej, żeby to człowiekiem kierował jego własny osobisty gniew, czysta emocja (człowiek to istota emocjonalna), niż jakiś niewidzialny, karzący strażnik. Boicie się go? Chciałem napisać coś więcej, ale zdecydowanie nie mam teraz ochoty na wertowanie tej książki ;), jakkolwiek osobiście ją polecam. Fragmenty. Można po nią przyjść do mnie ;p

Zachęcam każdego do spotkania się ze swoim własnym gniewem, poznania się z nim. Powiedzenia sobie, że te uczucia wszystkie są w porządku i pracy nad swoim własnym wewnętrznym wkurwem, która ma przynieść pozytywną zmianę w życiu. Dodam, że to praca dla mądrych i świadomych ludzi, którzy chcą znaleźć swoje miejsce w obecnej rzeczywistości.

A jak z tego korzystać w szkole? Od razu. Spontanicznie, myślę.

środa, 15 czerwca 2011

Krótki stan natchnienia 1

Długo nie pisałem.

Dzisiaj pozwolę sobie na coś luźniejszego.

Ostatnie zainteresowania?
Socjonika i rozwój koncepcji gałęzi "nauki", którą mam zamiar w najbliższym i jak najszybszym czasie stworzyć. A nazwałbym to "antylingwistyką".
Jeszcze nie będę pisał o czym by to było, jednak jak na obecne czasy, uważam, że miałoby wiele sensu.

Ostatnio przeżywam okresy braku koncentracji wyprzedzonego na szczęście szczęściem i nareszcie przebudzonymi i wykorzystywanymi umiejętnościami kontaktu międzyludzkiego.
Nie będę pisał, co dokładnie mam na myśli, ale już kilka razy podczas tej sesji egzaminacyjnej miałem wiele szczęścia. Uzyskałem też trochę przychylności "istot wyższych".

Ze słów wspomnianych dzisiaj mogę zapodać, czym jest socjonika.
Otóż: http://socjonika.pl/#wprowadzenie

Każdy z typów podobno można rozpoznać wizualnie i nazywa się to wizualną identyfikacją danego typu.
Dla tych bardziej utalentowanych wizualnie i intuicyjnie: http://www.typelab.ru/pl/1.1.types/index-type.html

Jest test, który został polecony przez jedną osobę, która szczyci się (a raczej w tej chwili jest szczycona przeze mnie) dużą wiedzą z zakresu socjoniki, enneagramu, nlp i innych tego typu zabaw.
Test: http://www.helloquizzy.com/tests/refined-socionics-test-20


System zaszufladkował mnie, jako IEE. Nawet mi to bardzo odpowiada, tym bardziej, że bardzo pociągają mnie żeńskie SLI, które są dla mnie typem komplementarnym, "dualami".

Request: Jeżeli to czytasz i jesteś żeńską przedstawicielką typu SLI, napisz do mnie ;)

Na razie to tyle.

a w konciku mózycznym gra dzisiaj koleś ze stargardu szczecińskiego zremiksowany, o!

niedziela, 5 czerwca 2011

LINIA CZASU; czy może raczej punkt w czasie? pitupitu

O co chodzi?
Dzisiaj chcę poruszyć jeden z fajniejszych do ogranięcia tematów. Będę zahaczać o skupienie się na danym momencie w czasie u ludzi i o tym, jak myślę radzić sobie z ciągłymi aktualizacjami informacji; nie tylko w szkole; no i trochę mistycyzmu w to wmieszam.

Cyk, cyk, cyk... DrrrrrrrRRRyŃ! Czas zacząć!

Kiedy myślimy o czasie, przeważnie wpadają nam do głowy skojarzenia, jakich uczyli nas od dzieciństwa. Jesteśmy w bliżej określonym, obecnym "teraz", które jest tak chwilowe, że już go nie ma. Za nami jest przeszłość, która wpływa bezpośrednio na 'teraz', a przed nami jest przyszłość. Myślenie o czasie, jak o czymś podzielonym na 3 części wydaje się dość logicznym wyjściem. Byłem, jestem, będę. Idę do przodu. Tralalala.

Czegoś mi tutaj brakuje... Coś się nie zgadza...

Odczuwam, że to podejście linearne neguje coś, co istnieje gdzieś wyżej. Zmianę. Jeden punkt niczym pociąg jedzie do celu na jednej szynie. Wszystko przewidziane, ustalone. Łatwiej uwierzyć w przeznaczenie. Możliwe, że dlatego właśnie istnieją do tej pory ludzie, którzy wszelkich zmian się boją. Inne podejście do interpretowania czasu wymaga swoistego mistycyzmu. Przyjęcia swojego bycia w "tu-i-teraz" i wiecznego stawania się czymś nowym. A to już powoli wykracza z koncepcji pociągu jadącego do celu. Zmiana może nadejść właśnie w każdej chwili, a jeżeli ograniczamy się do linearnego spojrzenia na czas, jedziemy bezwolnym pociągiem, kiedy gubi się nam linia, widzimy "koniec świata". Strachy na lachy. Bum-tarara.
Inne podejścia już dawno były, "opracowane", że tak to ujmę. O starożytnych filozofach nie będę pisać, bo po prostu nie chcę się gdzieś po drodze jebnąć, ale mam ogólne pojęcie o tym, że w średniowieczu, gdzie istnieli pierwsi ludzie, których moglibyśmy nazwać mistykami, którzy odcinali się od kościoła, aby poznawać boga na własną rękę z daleka od autorytetów, już kształtowali inne pojęcie o tym.
Już w epoce baroku był widoczny rozwój takiego myślenia. Wiedza została zdobyta niedawno, bo tego roku akademickiego na zajęciach z literaturoznawstwa niemieckojęzycznego. Andreas Gryphius napisał kiedyś takie wierszydełko: 
o! Tu je macie!

Że tak zalecę własnym tłumaczeniem:

Me lata, to nie te są,
Które mi czasu zabrały,
Me lata to nie te są,
Co jeszcze nadejść by chciały,

Spojrzenie jest jednak moje,
I je pod uwagę biorę,
I tak właśnie te moje,
Lata i wieczność są zrobione.

Wydaje mi się (chociaż te dwa ostatnie wersy są takie... naciągane), że chodziło mu o to własnie skupienie się na tym teraz, które jest jedne i jedyne. Które wciąż się zmienia, które wciąż nam daje wiele nowego. Różnorodność. Zresztą, o ile dobrze kojarzę, to własnie w buddyzmie, w medytacjach chodzi o to, żeby przestać myśleć o przeszłości i przyszłości, następnie o teraźniejszości i tak pozostaje sam czysty umysł, świadomość. Która potem też się rozpływa.
Przychodzi mi na myśl jeszcze jedno w tym kontekście, co też uważam za godne podzielenia się. W czasie myśli się stale powtarzają. Wciąż to samo wciąż się zmienia. Znaczy się w środku jest tym samym; natomiast nosi po prostu inne ubrania. Przed Gryphiusem na pewno był ktoś, kto miał podobne myśli o teraźniejszości, o istnieniu w jendym punkcie, nie w linii czasu. Daje sobie uciąć... łącze od internetu :D.

Ale dalej w to już nie będę się zagłębiać. Na razie mam teraźniejszość—ten post na blogu—do opanowania. ;P

Piszę o tym, bo linearny czas, to również jedno z subtelniejszych narzędzi wymusicielstwa. Znacie ludzi, którzy pasjami sobie organizują czas? Którym nieprzewidziane okoliczności wszystko burzą? Którym zdecydowanie brakuje tolerancji? Wmówiono im, że czas trzeba samemu organizować, żeby nie tracić ani chwili. Im on cały czas ucieka. Wstyd przed utratą chwili, niechęć do tego, że ktoś mógłby im wytknąć bycie no-lifem (nie wiem jak to po polskiemu wyrazić normalnie), zmusza ich do wypełniania każdej możliwej sekundy życia planem, który ma się wypełniać.
Wymusiciele wymyślają terminy prac klasowych, kolokwiów, egzaminów. Wymusza to na nas planowanie czasu w określonych celach, które mogą się nie zgadzać z naszym wewnętrznym rytmem. Gdy to się nie zgadza, z różnych powodów (zakochałem się szczerze z wzajemnością//mam wenę, wole grać na gitarze//zajmuję się chorymi rodzicami//nie dojrzałem do zrozumienia danego zagadnienia), cierpimy konsekwencje w systemie. Nie będę pisał co się potem budzi, bo nie mam za zadanie wywoływać w ludziach negatywnych stanów. Wymusicielstwo związane z czasem linearnym sięga wiele dalej. Skąd mamy kryzysy wieku średniego? Osho mówił w "Księdze kobiet", bodajże, że wschodnia mentalność nie do końca rozumie tych pojęć, jak "kryzys wieku średniego". Potem mówi o tym, że oni tam żyją bardziej w zgodzie z naturą i łatwiej im przyjąć do siebie czysto pragmatyczne sprawy, że np. się starzeją. A przynajmniej było tak za jego czasów obserwacji. Z pewnością każdy z czytelników sam byłby w stanie wymyślić kilka przykładów tego, jak czas linearny wpływa na nas. Jeżeli przyjąć te słowa Osho za dobrą monetę, znaczy to ni mniej, ni więcej, że życie zgodne ze swoimi naturalnymi cyklami osłabia nacisk związany z myśleniem o czasie linearnym.

Na wszystko jest czas!

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego dnia odcinacie się od mediów, czasu, nacisku, pieniędzy, pracy, poczucia obowiązków i innych stresujących pierdów. Jak wtedy żyjecie? Jak się Wam tylko podoba! Zgodnie z własnymi potrzebami i biologicznym zegarkiem. Tykacie sobie wtedy nie do ustalonego z góry pojęcia czasu, które istnieje po to, żeby stres poganiać stresem, kompulsywnym zajmowaniem się czymś, tylko do osobistego rytmu. Własna symfonia. Czasami przyspiesza, czasami zwalnia. Naturalność.
Przyjęcie zakorzenienia się w chwili obecnej wywala z nas i wstyd, który nam przynosi rozmyślanie o przeszłości i strach, który daje nam ukierunkowanie myśli na przyszłość. Jesteśmy od nich wtedy wolni. Jeżeli, Drogi Czytelniku, potrafisz sobie wyobrazić to, o czym piszę i na dodatek czujesz, że jest Ci to potrzebne, to znaczy, że jesteś zdolny do przejawienia tego stanu w świecie rzeczywistym. Jednak drogę do tego pozostawiam do odkrycia. Ja chcę być tylko inspiratorem.


Przy okazji, przypomnę o tym panu. Fajnie gra.

środa, 1 czerwca 2011

PO CO SIĘ UCZYMY... W SZKOLE? -- czyli wpis na dzień dziecka.

Witam ponownie.

Temat, który chciałem przedstawić na początku okazał się za długi. Pozwoliłem sobie na selekcję. Chwilę pomyślunku. Zacznę lżej i bardziej personalnie. Tamten temat pojawi się trochę później. Jak już się pojawi, to pizdnie z grubej rury. W kazdym razie taką mam nadzieję, że tak na Was podziała. ;)


Więc będzie krócej, od serca.


Zamykamy oczy. Wyłączamy cokolwiek, co nam przeszkadza się skupić. Myślimy o szkole. Teraz idą pytania. Czy wiedzieliśmy po co tam jesteśmy? Czego w niej tak naprawdę się uczyliśmy? Czego chcieliśmy się nauczyć, jeżeli w ogóle? Czy może było w niej coś dla nas istotniejszego? Czy my się chociaż trochę chcielśmy uczyć tego, co nam oferowała szkoła? A może była ona nam do szczęścia zupełnie zbędna?

Odpowiem na te pytania teraz.
Jak teraz się zastanawiam, to był przymus. Nie wiedziałem po co tam jestem. Historia ta sama dla każdego z nas. W końcu to tylko rodzice oznajmili nam (no, mi tylko matka), że tam idziemy, a my w naszej naiwności i pozytywnym nastawieniu do świata się na to godziliśmy. Ba! Z pewnością niejedno z nas mówiło, że będzie tam chętnie chodzić, że będzie się cieszyć z nowych znajomości. I wtedy <bach!> To ciężko upadła rzeczywistość właśnie. Już pierwszego dnia w szkole miałem ciężko. Grupa domniemanych kolegów okazała się bardzo agresywnie w stosunku do mnie nastawiona. Więc nie miałem szans się dostosować do tej grupy. Pierwsza różnica zdań rzutowała na pierwsze 6 lat mojego pobytu w szkole. A co na to dorośli w szkole? Jako dzieci, nie mamy siły krzyczeć słyszalnie. Jesteśmy wtedy jak złowione ryby. Nie mamy głosu. Gdyby oni słyszeli krzyk, potrafiliby chociaż współczuć. Z pewnością byłem tam nie po to, żeby się uczyć, tylko żeby dostać dość sporo kuksańców; żeby mi wmówiono, że jestem słaby i biedny, żebym się dowiedział, że za moimi plecami nie ma nawet na co upaść, że można spadać w nieskończoność. Wnioski są tak rozłożone w czasie, że wyciągam je dopiero od niedawna. Dopiero teraz się dowiaduję i widzę, że był to okres czasu z którego teraz muszę się otrząsnąć. Nauczyłem się też budować sobie maski. Po to mi była szkoła.

A czego tam się uczyłem? Na pewno nie przedmiotów szkolnych. Raczej tego, jak zostać niezauważonym; jak wrócić do domu bez nawiedzin ludzi, którzy mnie męczyli (teraz prawie wszyscy z nich mają do czynienia z kryminałem)? Z tego powodu miałem wielkie problemy z uczeniem się. Nie miałem tego komfortu.  Nauczyciele nie potrafili odsunąć ode mnie tych ludzi. Czy chętnie przychodzicie w miejsca, gdzie Was krzywdzą? I nawet nie wiadomo jak się zmór pozbyć? 
W liceum w końcu miałem zajęcia z angielskiego, gdzie byłem jedną z bardziej błyszczących osób w szkole, bo radziłem sobie niegorzej niż niejeden dzieciak, któremu rodzice fundowali prywatne korepetycje. 

Czego się chciałem nauczyć? Zawsze miałem pociąg do stworzenia czegoś fajnego, w miarę wielkiego. Plany przyszły stosunkowo niedawno, jednak musze przyznać, że gdyby nie te długie lata błądzenia po szkole (i studiach), dzisiaj bym nie doszedł do tego, do czego doszedłem. Mam na myśli długotrwałe grzebanie w śmieciach merytorycznych, w materiale nauczania i głównie gałęziach wiedzy, które samodzielnie odkrywałem. Jestem świadomy tego, że jest to proces długotrwały, ale bardziej opiera się on na psychice danej osoby. Na pewno nie na tym, co trzeba było opanowywać w szkole, a co się już i tak zapomniało.

Istotne w szkole? Walka ze sobą. Udebilnione próby nawiązywania kontaktu z ludźmi i przeforsowanie się przez to. To było istotne. Nie wychodziło, bo forsowałem, bo byłem głęboko zraniony i z tego powodu za mało otwarty.
W szkole brakowało mi osoby, która by znała odpowiedzi na moje pytania i potrafiłaby mnie nakierować na to, co mnie naprawdę interesuje. Wymusicieli nie obchodziły tam moje potrzeby.

Jeżeli będę pracować w szkole, priorytetem będzie nawiązanie dobrego kontaktu emocjonalnego z uczniami i w razie ich pytań, nakierowanie na cel. Wiem już, że materiał przerabiany na zajęciach jest mało istotny. Ważniejsze jest przekazanie sposobu myślenia. Chyba, że pojawiają się pytania. Najlepiej jest już pozwolić młodemu człowiekowi, po zmotywowaniu, samemu coś odkryć. Jeżeli uczeń pójdzie się za głosem intuicji w zbieraniu wiedzy i korzystaniu z niej, dojdzie dalej niż osoba opierająca się wciąż na słowach ludzi, którzy nie zaistnieli w naszym życiu nigdy (np. autorzy podręczników) i nigdy nie zaistnieją (np. martwi naukowcy, pisarze). Myśli i wiedza są wolne. Przykładami jednostkowymi na to, że własnie tak to działa, są chociażby w naukach ścisłych Einstein i Mandelbrot, a z twórców, to np. mój ulubiony poeta, e.e.cummings, który całą młodość uczył się o języku i o klasycznym pięknie, żeby na przyszłość to wszystko zniszczyć i przerabiać wedle własnego widzimisię w poezji.

Jednak krytycznie o szkole powinna mówić osoba, która już z niej wyszła. Tacy krytycznie patrzący na szkołę ludzie, powinni się stać nauczycielami. Nawet i niekoniecznie w tej instytucji. Ale dlaczego, to może kiedyś indziej. Może jak w komentarzu ktoś się mnie o coś zapyta, pojawi się wpis? Plany są po to, żeby je zmieniać! :)

a kto nie zna, niech zobaczy Mononoke Hime :)