Pisze tego posta pod wpływem wielu czynników. Końca studiów, zerwania relacji pseudo-partnerskiej, wysiłków w dziedzinie poszukiwania pracy (której idei, ani wagi jeszcze nie zdołałem pojąć), kreatywnej destrukcji moich obecnych marzeń i próby ułożenia czegoś osobiście, ogólnego doła z którego musi wyjść coś pozytywnego.
Mam projekt gadżetu do ubrań, który chętnie byłby łyknięty przez steampunkowców, ale nie jestem generalnie na tyle przedsiębiorczy i sprytny, żeby go sprzedać, chociażby jako patent. Ale nie o tym teraz.
Wczoraj przed pójściem spać naszła mnie myśl jak przeorganizować rodzinę, żeby żyło się "łatwiej". Natomiast sama idea przeorganizowania wydaje się dość (w obliczu utrwalonych schematów) kontrowersyjna.
Myślę, że rodzina nuklearna, a więc "para małżeńska" z ewentualnymi dziećmi wcale nie musi się składać z dwojga ludzi. W takiej rodzinie może się trzymać dowolna ilość ludzi, dowolnej płci, której relacje między sobą są na tyle bliskie, że wszyscy chcą się siebie trzymać. Ta relacja może być jak najbardziej poliamoryczna. Wiem, że nie wszyscy są otwarci na seks i to trzeba szanować. Dla każdego coś. Gruntem jednak jest to, że przy dobrym rozplanowaniu środków finansowych i pracy w ten sposób można by było naprawdę szczęśliwie i dostatnio żyć. Wyobraźmy sobie, że w takiej, minimalnie (a dla mnie najbardziej optymalnie) 3-osobowej "parze" każdy dobiera sobie rolę. Dwoje pracuje, jedna osoba zajmuje się domem. Ekonomicznie wydaje mi się to o wiele lepszym wyjściem, a i w wypadku natrafienia na problem jest o wiele więcej umysłów, które będą w stanie rozwiązać dany problem. Do tego dołóżmy ogólnie więcej pomysłów na życie i planów na jego rozwój. Dla mnie to brzmi jak sielanka.
Kiedy wyobrażam sobie, że pojawiają się w takiej relacji dzieci, byłoby o tyle łatwiej, że dziecko miałoby więcej sposobów zachowania do wyboru z obserwacji "rodziców". A i nie dochodziłoby do sytuacji jakie mam u siebie w rodzinie, gdzie moja babcia zawsze wymaga od mojej matki uwagi, bo "tylko ją ma". Potrafią z byle pierdoły zrobić "cudowną" kłótnię.
Nie!
Ten tradycyjny model rodziny ma zdecydowanie za dużo wad, który dodatkowo potęgują źle dobrane (w losowy sposób) osobowości jej członków.
Mam nadzieję, że może któregoś dnia uda mi się coś takiego zrealizować, byłoby to w pewnym sensie łamiące schematy.
Na razie to tyle. Miło by było zobaczyć jakąś dyskusję (bez form erystycznych) na ten temat.
piątek, 9 listopada 2012
niedziela, 23 września 2012
Proszę o świeczkę--idiosynkrazja postrzegania świata--wymarzona konkluzja.
Świat wymusza.
Tyle nie-wiadomo-czy-potrzebnych zachodów o coś,
o wizje,
często się siebie pytam po co mi to?
I dlaczego wszystko zmierza do tego,
że...
będę uczestniczyć w tej machnie?
Ona jest bez sensu.
Nie ja ją ułożyłem, tak myślę,
a wszyscy mówią, że nie będzie mi to dane.
Nie widzę drogi.
Tej szczęśliwej.
Jest tylko ta zwykła, niewiadoma.
Mogę tylko ją modyfikować, żeby wydawała się szczęśliwsza.
Światła!
Z faktów:
Jestem pod koniec pisania pracy licencjackiej z metodyki nauczania języka niemieckiego, lol. Pod sam koniec, kiedy muszę jeszcze napisać 3 cholerne konspekty zajęć, nie mam pomysłu na nie, ani weny. Mam nadzieję, że do dzisiaj/jutra skończę pisać te cholerstwa.
Teraz trzeba zmuszać siebie samego.
Tym się, jak na ironię jeszcze nie zajmowałem.
Ze względu na cholerną uległość... źle, nazwijmy to grzeczniej... "tolerancją"--chociażby wobec tego, co postrzegam jako niedoskonałości u innych i powierzchowną chęć wprowadzania harmonii, do często i tak zjebanych towarzystw i ludzi, którzy nie widzą swoich wad w jasnym świetle (a ba! obrażą się, jak się o nich powie, nie czuję się bezpiecznie z takimi opiniami)--bardzo skupiam się na innych ludziach. Przez to sam nie wiem czego chcę. Nie zwracałem uwagi na to, jak bardzo sam siebie zmuszam do wielu rzeczy.
Chciałbym się poczuć takim skurwielem, egoistą.
Powiedzieć "nie", przestać akceptować wady i niedociągnięcia. Tylko, gdy będę mówić, co myślę, stracę. Czasami, kiedy mam coś takiego zrobić po prostu automatycznie wyłącza mi się myślenie, potem nie mogę sobie przypomnieć dlaczego ktoś zasługuje na naganę. Przecież to jest też człowiek i wymaga tolerancji, akceptacji. Chciałbym napisać, że "bzdura", ale jak ja będę sam w swoich oczach przez to wyglądać?
Mam wrażenie, że wszyscy są mi obcy. Tak naprawdę nie znam nikogo. Mogę przewidzieć wyniki prostej interakcji, zdarza mi się, że dobrze dopasowuję zachowanie do sytuacji, ba, nawet jestem w nim szczery. Tylko nawet mimo prób zmniejszania dystansu, on nadal jest. Współpraca, współdziałanie, to klucz do tego typu problemów, tylko jeszcze chyba nie poznałem ludzi, którzy pomogliby mi ruszyć z kopyta, wyzwolić swój potencjał.
Z mojej strony szczerze mnie drażnią ludzie, którzy odmawiają różnych propozycji (bo nie), albo stawiają w nich warunki, podczas, gdy moje intencje są nawet i obiektywizując dobre.
Teraz tylko pytanie; czy to wszystko co tu napisałem jest prawdziwe, czy nie? Przecież wchodząc w jeden tok myślenia nakręcam się emocjonalnie na podążanie nim i mogę uwierzyć we wszystko to, co piszę, uznać za byłe, istniejące i będące dalej. Wystarczy odrobina uwagi i wypowiadanie słów. Nie mam gwarancji na to, że to, co tu dzisiaj napisałem oddaje jakikolwiek rzeczywisty stan rzeczy, na zewnątrz, czy we mnie samym.
Chyba jedynym prawdziwym marzeniem, jakie w sobie mam jest budowanie świata od nowa. To bym potrafił.
I wiele piękna naokoło. Tak, żeby zminimalizować cierpienie i wyciągnąć potencjał z każdego człowieka.
Osho miał rację. Kiedy wyrzuci się z siebie wiele "zła", na jego miejscu pojawia się spokój.
Dobranoc.
Tyle nie-wiadomo-czy-potrzebnych zachodów o coś,
o wizje,
często się siebie pytam po co mi to?
I dlaczego wszystko zmierza do tego,
że...
będę uczestniczyć w tej machnie?
Ona jest bez sensu.
Nie ja ją ułożyłem, tak myślę,
a wszyscy mówią, że nie będzie mi to dane.
Nie widzę drogi.
Tej szczęśliwej.
Jest tylko ta zwykła, niewiadoma.
Mogę tylko ją modyfikować, żeby wydawała się szczęśliwsza.
Światła!
Z faktów:
Jestem pod koniec pisania pracy licencjackiej z metodyki nauczania języka niemieckiego, lol. Pod sam koniec, kiedy muszę jeszcze napisać 3 cholerne konspekty zajęć, nie mam pomysłu na nie, ani weny. Mam nadzieję, że do dzisiaj/jutra skończę pisać te cholerstwa.
Teraz trzeba zmuszać siebie samego.
Tym się, jak na ironię jeszcze nie zajmowałem.
Ze względu na cholerną uległość... źle, nazwijmy to grzeczniej... "tolerancją"--chociażby wobec tego, co postrzegam jako niedoskonałości u innych i powierzchowną chęć wprowadzania harmonii, do często i tak zjebanych towarzystw i ludzi, którzy nie widzą swoich wad w jasnym świetle (a ba! obrażą się, jak się o nich powie, nie czuję się bezpiecznie z takimi opiniami)--bardzo skupiam się na innych ludziach. Przez to sam nie wiem czego chcę. Nie zwracałem uwagi na to, jak bardzo sam siebie zmuszam do wielu rzeczy.
Chciałbym się poczuć takim skurwielem, egoistą.
Powiedzieć "nie", przestać akceptować wady i niedociągnięcia. Tylko, gdy będę mówić, co myślę, stracę. Czasami, kiedy mam coś takiego zrobić po prostu automatycznie wyłącza mi się myślenie, potem nie mogę sobie przypomnieć dlaczego ktoś zasługuje na naganę. Przecież to jest też człowiek i wymaga tolerancji, akceptacji. Chciałbym napisać, że "bzdura", ale jak ja będę sam w swoich oczach przez to wyglądać?
Mam wrażenie, że wszyscy są mi obcy. Tak naprawdę nie znam nikogo. Mogę przewidzieć wyniki prostej interakcji, zdarza mi się, że dobrze dopasowuję zachowanie do sytuacji, ba, nawet jestem w nim szczery. Tylko nawet mimo prób zmniejszania dystansu, on nadal jest. Współpraca, współdziałanie, to klucz do tego typu problemów, tylko jeszcze chyba nie poznałem ludzi, którzy pomogliby mi ruszyć z kopyta, wyzwolić swój potencjał.
Z mojej strony szczerze mnie drażnią ludzie, którzy odmawiają różnych propozycji (bo nie), albo stawiają w nich warunki, podczas, gdy moje intencje są nawet i obiektywizując dobre.
Teraz tylko pytanie; czy to wszystko co tu napisałem jest prawdziwe, czy nie? Przecież wchodząc w jeden tok myślenia nakręcam się emocjonalnie na podążanie nim i mogę uwierzyć we wszystko to, co piszę, uznać za byłe, istniejące i będące dalej. Wystarczy odrobina uwagi i wypowiadanie słów. Nie mam gwarancji na to, że to, co tu dzisiaj napisałem oddaje jakikolwiek rzeczywisty stan rzeczy, na zewnątrz, czy we mnie samym.
Chyba jedynym prawdziwym marzeniem, jakie w sobie mam jest budowanie świata od nowa. To bym potrafił.
I wiele piękna naokoło. Tak, żeby zminimalizować cierpienie i wyciągnąć potencjał z każdego człowieka.
Osho miał rację. Kiedy wyrzuci się z siebie wiele "zła", na jego miejscu pojawia się spokój.
Dobranoc.
wtorek, 15 maja 2012
Zwątpienie
Jestem teraz w stanie rozległego zwątpienia, szczególnie we wszystko to, co do tej pory uznawałem za moje plany na przyszłość.
Mam wrażenie, że wszystko to, co uważałem za ważne i potrzebne nie ma racji bytu; moje wykształcenie, pomysły, nawet zainteresowania. Nie idą one w jakimkolwiek kierunku, który w przyszłości będzie dawał mi podstawy do tego, aby żyć w tym społeczeństwie. To się udowadnia w dyskusjach. Do tego pojawia się jeszcze agresja, a nie wiem w jaką stronę powinienem ją wyładować; czy na siebie, czy na cały świat?
Język jest postrzegany przez każdego człowieka indywidualnie, na różnych stopniach wrażliwości, z czego ci mniej wrażliwi ludzie za nic nie zrozumieją tych bardziej wrażliwych. Do tego dochodzi jeszcze coś, co zaobserwowałem u wielu ludzi, a jest to opór względem chęci spojrzenia na to, jak język działa na drugiego człowieka, nawet po fakcie, gdy to tłumaczę.
To zajęcie jest bez sensu; a przynajmniej nie na teraz.
Na domiar doła zastanawiam się, czy ma sens skończenie drugiego kierunku na studiach?
Potem...
Skąd mam czerpać wiedzę o tym, jak zadziałać w tym obrzydliwie sformalizowanym świecie? Czy ta wiedza będzie przekazana przystępnie? Tak, że będę wiedział co i kiedy mam zrobić?
Na pewno niedługo poznam odpowiedź. I mam nadzieję, że mnie ona zadowoli.
Mam wrażenie, że wszystko to, co uważałem za ważne i potrzebne nie ma racji bytu; moje wykształcenie, pomysły, nawet zainteresowania. Nie idą one w jakimkolwiek kierunku, który w przyszłości będzie dawał mi podstawy do tego, aby żyć w tym społeczeństwie. To się udowadnia w dyskusjach. Do tego pojawia się jeszcze agresja, a nie wiem w jaką stronę powinienem ją wyładować; czy na siebie, czy na cały świat?
Język jest postrzegany przez każdego człowieka indywidualnie, na różnych stopniach wrażliwości, z czego ci mniej wrażliwi ludzie za nic nie zrozumieją tych bardziej wrażliwych. Do tego dochodzi jeszcze coś, co zaobserwowałem u wielu ludzi, a jest to opór względem chęci spojrzenia na to, jak język działa na drugiego człowieka, nawet po fakcie, gdy to tłumaczę.
To zajęcie jest bez sensu; a przynajmniej nie na teraz.
Na domiar doła zastanawiam się, czy ma sens skończenie drugiego kierunku na studiach?
Potem...
Skąd mam czerpać wiedzę o tym, jak zadziałać w tym obrzydliwie sformalizowanym świecie? Czy ta wiedza będzie przekazana przystępnie? Tak, że będę wiedział co i kiedy mam zrobić?
Na pewno niedługo poznam odpowiedź. I mam nadzieję, że mnie ona zadowoli.
środa, 4 kwietnia 2012
"Nie-zależny"
Zastanawiając się nad działaniem słów i ich wpływem na myśli ludzkie, na warsztat dzisiaj biorę słowo "nie" i potem wspomnę coś o słowach nacechowanych negatywnie.
W książkach i internecie jest pełno informacji o działaniu słowa "nie" na ludzką psychikę. Co do książek, informacje na temat dzisiejszego posta można znaleźć chociażby tu: http://www.samosedno.com.pl/nlp-w-praktyce-czyli-sztuka-ksztaltowania-przyszlosci,483.html , co do stron internetowych, niewiele zmodyfikowaną treść znalazłem po wpisaniu w google "jak dziala slowo nie na podswiadomosc".
Razem spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy mówimy naprawdę to, co mówimy? Czy efekt jaki chcemy wywołać jest jednoznaczny dla obu stron? Na ile świadomie postrzegamy język w sobie?
Przy okazji chciałbym coś sprostować:
"Nasz rozum składa się z dwóch części: świadomej i nieświadomej. Część świadoma odpowiada za interpretację złożonego języka. Natomiast do części nieświadomej, nazywanej także podświadomością trafiają tylko proste sformułowania. Podświadomość nie rozumie między innym zaprzeczeń."
Wiecej: http://www.eioba.pl/a/1isw/jak-dziala-slowo-nie-i-w-jakich-sytuacjach-nalezy-je-stosowac#ixzz1r5eVMNnB
W książkach i internecie jest pełno informacji o działaniu słowa "nie" na ludzką psychikę. Co do książek, informacje na temat dzisiejszego posta można znaleźć chociażby tu: http://www.samosedno.com.pl/nlp-w-praktyce-czyli-sztuka-ksztaltowania-przyszlosci,483.html , co do stron internetowych, niewiele zmodyfikowaną treść znalazłem po wpisaniu w google "jak dziala slowo nie na podswiadomosc".
Razem spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy mówimy naprawdę to, co mówimy? Czy efekt jaki chcemy wywołać jest jednoznaczny dla obu stron? Na ile świadomie postrzegamy język w sobie?
Przy okazji chciałbym coś sprostować:
"Nasz rozum składa się z dwóch części: świadomej i nieświadomej. Część świadoma odpowiada za interpretację złożonego języka. Natomiast do części nieświadomej, nazywanej także podświadomością trafiają tylko proste sformułowania. Podświadomość nie rozumie między innym zaprzeczeń."
Wiecej: http://www.eioba.pl/a/1isw/jak-dziala-slowo-nie-i-w-jakich-sytuacjach-nalezy-je-stosowac#ixzz1r5eVMNnB
Tak jest napisane już we wstępie do znalezionego w internecie artykułu. Reszty nie będę cytował, każdy zainteresowany tematem szybko stwierdzi, że "coś w tym jest" (niemniej, w artykule znajdują się błędy gramatyczne ;p). Co do tego "nie", wychodzę z podobnego założenia, tylko brakuje tam dokładności. Dlaczego słowo "nie", ten prosty językowy element, który teoretycznie powinien być wychwytywany przez nasz system rozumienia języka gdzieś je "upuszcza"? Tak dzieje się z tego powodu, że ten element jest "za mały" i prześlizguje się przez przekazywane nam informacje. Stwierdzenie, że podświadomość "nie rozumie" nie jest z pewnością błędne. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, gdzie "nie" ma znaczenie "przestań" i jest wykrzyknięte. Podświadomość musi więc postrzegać obiekty i sytuacje całościowo (holistycznie) i wybierać z nich ogólne, największe i najbardziej charakterystyczne informacje. Są to słowa, które niosą ze sobą obraz i ew. emocje, które podświadomość może z czymś skojarzyć. Więc jeżeli przez "zaprzeczenia" (negacje) rozumiemy coś więcej niż tylko zdania z "nie" w środku, oznacza to, że istnieje wiele kontekstów, w których to, co powiemy, będzie dla podświadomości odbiorcy, bądź nas samych nieczytelne/mylące. Już psychologowie przy stosowaniu "afirmacji" mówią, że muszą być one sformułowane "pozytywnie", czyli np. zamiast nie choruję afirmować jestem zdrowy/a.
Z innej beczki. Możliwe, że w kontaktach z ludźmi o wiele wyraźniej i bez podejrzeń zamiast nie wiem tego, będzie przyjęte: brakuje mi na ten temat wiedzy.
Z innej beczki. Możliwe, że w kontaktach z ludźmi o wiele wyraźniej i bez podejrzeń zamiast nie wiem tego, będzie przyjęte: brakuje mi na ten temat wiedzy.
Wyobrażanie sobie różnych zdań z "nie" i przeformułowywanie ich na ich "pozytywne" wariacje, a potem ich stosowanie w rozmowie z pewnością będzie rozjaśniać i nadawcy i odbiorcy obraz, jaki tworzą słowa w naszych umysłach. No, w każdym razie tak mi się wydaje, że to tak działa ;). Musiałbym to dokładniej zbadać i mam nadzieję, że będzie mi to kiedyś dane.
Poprzez takie komunikowanie się możliwe też będzie nauczenie się pozytywnego spojrzenia na świat i harmonizacja kontaktu ze swoją podświadomością; wiadomo, są tylko przypuszczenia.
Poprzez takie komunikowanie się możliwe też będzie nauczenie się pozytywnego spojrzenia na świat i harmonizacja kontaktu ze swoją podświadomością; wiadomo, są tylko przypuszczenia.
Osobiście staram się tak komunikować, ponieważ zdania ze sprytnie wplecionym "nie" są używane przez obecnych znafcuw NLP i innego badziewia, kiedy chcą manipulować kierunkiem działania naszych myśli na ich korzyść (szczerze, NLP jest na o wiele mniejszą skalę wykorzystywane terapeutycznie, niż na marketing i znajdywanie okazji do poruchania sobie kogoś).
Wydaje mi się, że przyjmowanie "nie" do przekazu wymaga włączonej świadomości w rozmowie. Każda osoba rozmawiająca niechlujnie/nieuważnie, używająca słów bez szczególnego ich przemyślenia jest podatna na ten iluzoryczny "nie-efekt". Wydaje mi się, że gdy rozmowa toczy się w duchu rozbudowanych i abstrakcyjnych pojęć logicznych, które wymagają dodatkowego zastanawiania się nad znaczeniem i uważnego skupienia się na treści, "nie" będzie równoważne z resztą elementów w zdaniu. Ponieważ, gdy rozmawiałem na ten temat z ludźmi, z którymi się wprowadziliśmy w bardziej intelektualny stan podczas rozmowy, na to klasyczne nie myśl o czerwonym samochodzie pierwsza reakcja brzmiała w stylu pomyślałem o niebieskim.
Więc rozwiązaniem dla wyjścia z "nie-pułapki" będzie z pewnością uczestniczenie w rozmowach z poziomu świadomości, bardzo uważne ważenie słów i ich powolne, uważne trawienie.
Takie małe spostrzeżenie:
Z tym są związane słowa nacechowane negatywnie. W połączeniu z zaprzeczeniem ich zastosowanie może mieć dość ciężkie dla człowieka skutki.
Wyobraźmy sobie człowieka, który rozpoczął na sobie terapię afirmacjami i leczy się z kwestii zależności od osoby ojca, czy matki. Powtarza afirmację "jestem niezależny".
Jak myślicie, w jaki sposób może działać korzystanie z tego przymiotnika, gdzie jest to fantomowe "nie" i przymiotnik wskazujący na przywiązanie i zależność podmiotu? Afirmacje mają działać na podświadomość, a jak myślicie, na co się taką afirmacją można zaprogramować?
Zrobię, to, co będę robić na koniec każdego posta od tej pory. Apeluję o dużą rozwagę w korzystaniu ze słów i w dobieraniu do siebie treści językowych np. w piosenkach.
Oczywiście cieszę się z każdego otrzymanego komentarza i pomocy w nakierowaniu moich myśli na nowe, ciekawe i rozwijające perspektywy.
Do następnego :)
poniedziałek, 26 marca 2012
"Wymusiciel" wraca do blogowania :)
Już niedługo kolejny temat, w którym powoli spróbuję zająć się opisywaniem tego, jak działa na nas język na poszczególnych przykładach.
Na razie trochę P-Modelu
http://www.youtube.com/watch?v=ed1tqbRJqr0
http://www.youtube.com/watch?v=MoSCRE0JbA4
http://www.youtube.com/watch?v=kH0AnOlkB4o
http://www.youtube.com/watch?v=7qJ9HgxJM-I
http://www.youtube.com/watch?v=tSpqD5WkEJg
jak się będzie chciało znajdzie się wiele więcej dobrego :)
Już niedługo kolejny temat, w którym powoli spróbuję zająć się opisywaniem tego, jak działa na nas język na poszczególnych przykładach.
Na razie trochę P-Modelu
http://www.youtube.com/watch?v=ed1tqbRJqr0
http://www.youtube.com/watch?v=MoSCRE0JbA4
http://www.youtube.com/watch?v=kH0AnOlkB4o
http://www.youtube.com/watch?v=7qJ9HgxJM-I
http://www.youtube.com/watch?v=tSpqD5WkEJg
jak się będzie chciało znajdzie się wiele więcej dobrego :)
piątek, 27 stycznia 2012
Ad ACTA; i o mediach słów parę.
Mam nadzieję, że będę chociaż trochę odkrywczy :). Myśli mogą się okazać niepoukładane, ale w rzeczywistości dość przyjemnie się łączą ;)
To teraz meritum:
Czy ACTA przejdzie, czy nie; dla mnie i jedna i druga rzeczywistość zawierają w sobie aspekty win-win game.
No i się zaczęło. To, co odbijało się cichymi echami w czasach, gdy jeszcze uczęszczałem do gimnazjum, staje się powoli faktem. Kwestia, to rozgrzebywana od kilku dni sprawa z tym nieszczęsnym ACTA; porozumieniem o niefałszowaniu własności intelektualnej.
Wg mnie sama idea tego wykracza nieco ponad moją osobistą logikę. Być może, jeżeli ktoś to przeczyta zareaguje jakoś na te myśli. Byłoby miło.
Popatrzmy najpierw na samo pojęcie "Własności intelektualnej". Jest ono zdefiniowane na wikipedii w ten sposób: "zbiorcze określenie grupy monopoli prawnych, obejmujące niektóre dobra niematerialne (prawo autorskie) oraz niektóre własności przemysłowe (patenty oraz znaki towarowe)." W każdym razie, w ten sposób na ten temat wypowiada się wikipedia. Musi to oznaczać, że istnieją ludzie, którzy mają monopol na określone informacje, będące, na pierwszy rzut oka związane tylko z kwestiami estetycznymi, jak loga różnych prodktów, programy komputerowe, oraz przedmioty produkowane na skalę fabryczną.
Zmieniając trochę perspektywę... Już samo słowo "inteligencja" oznacza poruszanie się po informacjach i wybieranie z nich tych, które najlepiej trawimy. Uważam jednak za interesujące tłumaczenie słowa "intelligence" z języka angielskiego - "wywiad" ;).
Być może teraz niektórym nasunie się skojarzenie z istnieniem takich miejsc w internecie, jak WikiLeaks? Nie? No to się nie rozwijam. A jak tak, to już wszystko wiecie :).
Niezależnie od tego, czy informacje nam przekazywane i odbierane przez nas są prawdziwe, czy nie, rodzi się pytanie, czy "własność intelektualna" ("wywiadowcza"?) to własność całego świata, czy wąskiej grupy ludzi? Kojarząc to z mainstreamowymi mediami, mamy 100% pewności, że każda z informacji prezentowana przez TVN, Polsat, jakąś inną Telewizję Polską, jest w 100% zależna od nich. Całkowicie. To by nawet pasowało do definicji, ponieważ informacji od ich "inteligencji" nie otrzymujemy za darmo. Trzeba płacić za dostęp do telewizji komercyjnych, a za standardowe kanały jest płacony abonament. Tutaj warto jeszcze dopowiedzieć, że "media", to nieco myląca nazwa. Medium, to coś, co istnieje między jedną a drugą stroną, między nadawcą a odbiorcą, a slowo Media, to po prostu liczba mnoga. Media są kanałami, które przekazują informacje; Czy "kanał" powinien obrabiać te informacje swoją korzyść, szczególnie kosztem prawdziwości przekazu? Jaka jest w tym, poniekąd oszukańczym, informacyjnym chaosie rola świadomej jednostki? Co wg mnie powinien zrobić człowiek mając przy sobie "Media" do dyspozycji? To proste. Człowiek wie, że obecne media nie tylko przekazują, ale i zniekształcają informacje. Wykształca w sobie w naturalny sposób filtr, który absolutnie te informacje je ignoruje. Dodatkowo, wie że te informacje zmieniają ludzkie nastroje. Zamiast tego wchodzi sobie na internet, gdzie ma o wiele bardziej obiektywny obraz tego, co się dzieje w świecie po kilku kliknięciach na ulubionych portalach, sprawdzonych już. Wybiera język przekazu, który najlepiej trawi, na tematy, które są najwygodniejsze i najbardziej aktualne. Oczywiście zahacza to o subiektywizm i daje wysokie prawdopodobieństwo popełnienia błędu i przyjęcia za prawdziwą jakiejś błędnej interpretacji rzeczywistości. Jednostka brodząc w tej dżungli prawdy i fałszu już musi to sama ustalić, ale pod żadnym pozorem nie przywiązywać się do którejkolwiek z interpretacji. Taka moja rada.
To teraz meritum:
Jak w praktyce ma działać ACTA? Ludzie analizujący dokumenty, zrobili to za mnie: http://www.youtube.com/watch?v=h1fJYlQ9iJY . Interpretację tego filmiku przyjmuję za prawdziwą.
Powrócę do definicji "własności intelektualnej"; pojęcie i zawarte w nim treści są zbyt płytkie i zbyt niespecyficzne, żeby traktować je jako bazę do kontrolowania ludzi poprzez kruczki prawne. Polityczni wymusiciele, ktorzy ułożyli to porozumienie za zamkniętymi drzwiami, już niejednokrotnie wyśmiani w internecie, są z pewnością zbyt starymi ludźmi, zeby spojrzeć na tę sprawę wielowarstwowo. Ich interesują tylko ich tyłki i utrzymanie w ryzach firm, które oni, albo ich najbliżsi budowali całe życie. Teraz wyobraźmy sobie, że to jednak przechodzi. Następuje ujednolicenie własności intelektualnej produkowanej przez poszczególne "koncerny informacyjne", że tak je nazwę. Istnieją tylko pojedyncze prawdy tych ludzi, którzy mają pieniądze, a prawda alternatywna znika. Szczególnie, gdy jest niewygodna. Już to przerabialiśmy jakieś 50 lat wstecz, prawda? Kto jak kto, ja się trzymam stamtąd jak najdalej.
Nie będę tutaj zajmować się wyśmiewaniem, nie będę się zajmować przeciwstawianiem się temu śmiesznemu aktowi. Każdy świadomy czlowiek z pewnością zdążył to już nieraz zrobić w internecie, bądź w realnym świecie. Każdy świadomy człowiek, który obserwował, mógł zauważyć jak inni, równi sobie ludzie wypowiadają się nt. ograniczania ludzkiej wolności, dostępu do treści intelektualnych. Dodam, że te treści są konieczne dla np. rozwoju edukacyjnego; tak, nie ma u mnie filmów w bibliotekach; które trzeba obejrzeć bo wymagają tego na taką literaturę, albo inne kulturoznawstwo. ;p
Patrząc na sprawę dalekowzrocznie można pokierować historię na ciekawy tor.
Zastanówmy się, jakby wyglądał świat bez mediów? Czy ludzie potrafiliby porzucić przyjemności z nimi związane i zacząć żyć relanym światem tu i teraz? Wyjaśniam o co mi chodzi:
Filmy? Po co to komu? Narzucona nam interepretacja świata przez scenarzystę/reżysera, która przedstawia aż nazbyt często oderwane od naszego życia sytuacje. Zbyt wrażliwi ludzie, a nawet i ci przeciętnie wrażliwi, którzy oglądają film, nawet nie są świadomi tego, że faszerują się emocjami, które nie pochodzą od nich samych. Przyznajmy się w duchu teraz sami przed sobą, komu jakiś film popsuł cały dobry nastrój, a tak naprawdę nie wniósł nic wartościowego do życia? Informacyjne śmieci zawarte w filmach, to jeden z powodów dla których raczej wypadałoby przestać je oglądać. Jeżeli jednak film trzeba obejrzeć, to możnaby się już od początku zainteresować tematyką i tym, czy aby na pewno będzie to dla nas treść wartościowa. W takich sytuacjach można by spokojnie płacić za oglądany w kinie film, ponieważ byłoby to wydarzenie rzadkie. Za najbardziej wartościowe uważam filmy dokumentalne, ktore powinny być dostepne zawsze i wszędzie za darmo.
Muzyka? Podobnie jak filmy. Zawiera ona słowa, które często są nacechowane ideologicznie. Potem takie nieświadome ludzie chodzą po ulicy i powtarzają w głowach słowa z dolnej półki jakości życia, bo powiedzmy sobie szczerze, im ambitniejsza jest muzyka, tym trudniej na nią trafić. W rezultacie identyfikują się z wartościami prezentowanymi przez autorów "dzieł". O wiele chętniej albo tworzę sobie własną muzykę, gdy mam na to ochotę, albo słucham takiej, w której wiem, że nie znajdę żadnej (szkodliwej) ideologii. Za bardzo szanuję swój umysł i to jak myśli wpływają na moje ciało; bo tak, wpływają, i to bardzo. A to co mam do tej pory u siebie, z dawnych czasów, gdy jeszcze ściągałem muzykę, jako inspiracja do tworzenia swojej absolutnie mi wystarcza.
Książki? Tu już łatwiej o wybór dobrej treści, na szczeście przestałem interesować się beletrystyką od 2óch lat i czytam literaturę "przyjemnościową" tylko wtedy, gdy chcę zbadać jej jakość. Co do popularności królują u mnie poradniki i książki popularno-naukowe, psychologiczne, filozoficzne, ponieważ dają mi wiedzę bez emocjonalnego nacechowania.
Jednakowoż, wydaje mi się, że byłbym w stanie porzucić kulturę w jakiej się znajduję i stać się jednostką, która odrzuca potrzebę wprowadzania "własności intelektualnych" do swojego życia. Wiem, że niewielu byłoby gotowych na taki krok, szczególnie, że samo uczestniczenie w występowaniu przeciwko ACTA daje obraz całemu światu jak bardzo do tych mediów jesteśmy przywiązani. Moi znajomi mogą się pytać, dlaczego sam się angażuję w to i rozsyłam linki. Sprawa jest prosta, wiem jakie moi znajomi maja potrzeby. Świadomie występuję w... w sumie naszym wspólnym interesie. Myśli są darmowe, ponieważ nimi żyjemy; kultura była i zawsze będzie darmowa, ponieważ w niej żyjemy. Kwestia to tylko tak ustawić swoje życie i możliwości z niego płynące, żeby jak najmniej tracić na nim materialnie :).
Tak, oczywiście, ważne jest pokazać światu po której stronie sie stoi i odważnie wybrać swoja drogę. Tylko trzeba pamiętać o tym, że w ostateczności jesteśmy kimś znacznie więcej od tego, co prezentują sobą media :).
Czy ACTA przejdzie, czy nie; dla mnie i jedna i druga rzeczywistość zawierają w sobie aspekty win-win game.
I tym optymistycznym akcentem kończę wypowiadanie się nt. ACTA i wolnych mediów.
Nie pozwólcie na sobie czegokolwiek wymuszać :).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)