wtorek, 3 czerwca 2014

Dlaczego ucieka serotonina 2: w poszukiwaniu miejsca dla siebie

Serdecznie i ponownie :).

W zasadzie przeglądając internet w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "co ja tu do cholery robię?" trafiłem na dwie strony, które pomogą mi w odpowiedzi na to [trudne] pytanie.

Na pewno nie tylko mi.

Obie z nich są napisane w języku angielskim.

Pierwsza z nich to forum dyskusyjne, na którym omawiany jest problem braku akceptacji obecnego świata, szczególnie związanego z koniecznością pracy. Rozumiem wszystkie strony tej dyskusji. Pierwsza przemawia do mojego serca, druga tylko do rozumu. Całą dyskusję można znaleźć tu:

http://www.indeed.com/forum/gen/Career-Advice/Im-29-years-old-have-no-idea-want-do-my-life/t437739

Zaznaczę jeszcze, że dyskusja nie odpowiada na pytanie bezpośrednio. Będzie jednak dobrą pożywką na poznanie przyczyn swojego zachowania i analizy siebie, niczym podczas przeglądania się w lustrze.

W skrócie. Są ludzie, którzy czują, że nie pasują do tego świata. Zważywszy na znane mi różnice typologiczne pomiędzy ludźmi, statystycznie problem z tym powinno mieć ok. 25% populacji ówczesnego euro-amerykańskiego świata. Przyczyną problemu może być również kwestia problemów z tarczycą, którą często się wmawia ludziom widzącym świat z tej perspektywy. Ostatnia z interpretacji, która mi przychodzi na myśl, jako całkowicie negująca mój sposób myślenia, to po prostu zgeneralizowanie mojego problemu, jako problem typowy dla "rozpieszczonych" ludzi wywodzących się z "1-szego świata" (za czym obstaje część mojej rodziny).

Z mojego punktu widzenia dodam, że obecny system się sypie i jest nieprzyjazny ludziom. Konieczność zmian jest ewidentna. Podkreśla to np. bardzo szybko starzejące się społeczeństwo w naszym kraju (co może wymusić konieczność pracy ludzi w już wieku okołogimnazjalnym w przyszłości--nieprawdopodobna, ale z pewnością realna opcja za jakiś czas), oraz niedostosowanie standardowej edukacji do obecnych czasów (w obecnej sytuacji uważam się za osobę, która przez skupienie się na niej i olewanie wszystkiego innego teraz nie ma pomysłu na siebie i bywa bardzo zniechęcona obecnym porządkiem rzeczy). Jestem pewien, że prędzej czy później ta zmiana nastąpi i mam nieskromną nadzieję, że uda mi się coś w kierunku jej wywołania dokonać. Jak to widzę? O tym może kiedyś indziej [sobie] napiszę.

Jak jest naprawdę? Najlepiej to ocenić samemu. Sam mam taką "wadę", że często przeskakuję do wniosków, co dla niektórych jest pominięciem całego procesu myślowego, więc proszę o traktowanie tego, co napisałem akapit wyżej z dystansem.

Z drugiej strony:

http://tinybuddha.com/blog/6-powerful-questions-that-will-change-your-life-forever/

6 pytań zawartych w tym linku może się okazać dobrym narzędziem asymilacyjnym dla ludzi mających "moje" problemy. Odpowiem na nie sobie w najbliższym czasie i wyniki chętnie umieszczę tutaj, jeżeli uznam to za stosowne. Zrobię to, żeby nie było, że nie próbowałem i nie jestem ziemniakiem siedzącym w grządce i czekającym na wykopanie ;)

Na razie tyle.

Pozdrawiam kogokolwiek czytającego całusem o smaku pietruszki i pora.

środa, 9 października 2013

Dlaczego ucieka serotonina?

Dobry!

Dawno nie pisałem, ale doszło do mojej informacji coś, co bardzo mną poruszyło. Co w zasadzie pokazuje najprawdopodobniejszą, fizjologiczną przyczynę problemów, z którymi się borykam.

Człowiek nie rozumie, co się z nim dzieje, a tu proszę, taka sytuacja:
http://forum.o2.pl/temat.php?id_p=5460474

Stan fizyczny w zasadzie zgadza się z opisem wielu z ludzi, którzy się wypowiedzieli. Od okresu wczesnego dzieciństwa czuję się, jakbym cały czas przebywał w letargu. Jakby coś we mnie było uśpione. Często przychodzą do mnie myśli, że w sumie skoro nie mam marzeń i potrzeb, to czemu i by nie wydłużyć okresu snu (bo spać lubię, a sen mam przyjemny i prawie zawsze śnią mi się różne, kolorowe przygody), czemu i by nie przestać dążyć do czegokolwiek i czekać sobie na śmierć? Co za różnica? Przecież jestem tylko statystycznym punkcikiem na tle całego społeczeństwa. Opisane przypadki w podanym wyżej temacie są czymś, co znam z codziennego doświadczenia.

Nie wiem, czego skutkiem może być kwestia powstawania podobnych problemów, poza problemami z tarczycą. Przyczyna problemów na tym tle nie jest dla mnie jasna, nie jestem specem. Mógł to być nawet wybuch reaktora w Czarnobylu, bo ktoś mi kiedyś wspominał, że tarczyca jest podatna na mutacje związane z promieniowaniem. Najważniejsza kwestia w tym wypadku, to utrzymanie dobrego zdrowia poprzez dbanie o wszystkie sfery swojego życia.

Wchodzi w to:

  • zdrowa dieta - najlepiej wegetariańska, ograniczenie picia kawy i przyjmowanie magnezu (swoją drogą, jak ktoś mnie zostawi z butelką wody magnezowanej, to znika ona praktycznie natychmiast ;) )
  • dużo ruchu; i miejmy tutaj na myśli sport, spacery, bieganie, tudzież miłe chwile we dwoje. Kiedy trenowałem karate, nie miałem takich problemów. Można nawet było powiedzieć, że byłem człowiekiem mocno skupionym na sprawach, które mam do załatwienia teraz. Efekty spacerów są różne, podczas można popaść w jeszcze większą zadumę, niż normalnie; najważniejsze jednak, żeby wstać od komputera i zacząć jakoś ruszać ciałem.
  • i na pewno harmonijne relacje w codziennym życiu. No cóż, tutaj już muszę przyznać, że nie mam w tej chwili dobrej szansy na realizację tego. Nie chcę teraz wchodzić w kwestie rodzinne, ale na pewno osobom, które przezywają podobne problemy bardzo potrzebne są harmonijne i stabilne relacje, które działają na nich pozytywnie i stymulująco. W okolicy takich ludzi nie mam. Przypomnę, że te znajomości są często doskonałym paliwem - motywacją - do podążania wciąż przed siebie.
Jednak jak rozpocząć poszukiwania siebie w jak najtańszy sposób? Kiedyś byłem u lekarza rodzinnego, któremu powiedziałem, że prawdopodobnie mam problemy z tarczycą i stąd się biorą moje problemy (które uprzednio opisałem), na co on powiedział, że nie skieruje mnie na badania, bo najpierw muszę iść do psychiatry. Zrezygnowałem.

Na pewno ograniczam komputer, tytoń i kawę, a skupiam się na uczestnictwie w realnym świecie i wracam do ruszania ciałem na wszelkie sposoby ;).

No i szukam dalej pracy, powoli, ale najważniejsze, że po swojemu.

piątek, 14 czerwca 2013

Jest lepiej

Jest lepiej.
Przestałem nienawidzić.
Spokojnie idę krok po kroku do przodu.
Mogę znaczyć zbyt wiele, żeby teraz się poddawać.
Szukam pracy chętnie.
Jestem otwarty na nowe.
Poznałem do tego kilku fajnych ludzi ostatnimi dni.
Zaczynam kreślić plany.
Niedługo napiszę sobie notkę tego, co chcę robić i co chcę mieć do okresu 5ciu lat.
Już mam jakieś 1,5 strony.
Chcę więcej.
Jest lepiej.

czwartek, 6 czerwca 2013

Co ja robię tu?

Nie jest łatwo mi o tym pisać. Nawarstwiają się bzdury. Mam ochotę złapać coś, co sprawi, że poczuję to w ręce i nie będzie to bynajmniej cycek; coś bardziej jak siekiera, albo młot.

Już zacząłem, jakbym pisał o bzdurach, rozwinę więc. Wam prosto w twarze, konformiści dnia powszedniego! Nienawidzę świata za jego organizację i nienawidzę przede wszystkim ludzi, wszystkich, którzy to wymyślili i tych co wmyślają to dalej. Przez pieprzonych 5 miesięcy "pracowałem" w hotelu na recepcji i na razie wiem, że nienawidzę też pracować. Pieniądze? phi! Rozdałbym je wszystkie. Ani zarobienie ich ani one nie dają jakiejkolwiek przyjemności w porównaniu do faktu, że w pracy tracę (a raczej traciłem) czas mojego życia siedząc na dupie w niewygodnym fotelu i musząc poświęcać się rzeczom, tak bzdurnie poważnym, że tylko szlag mnie trafiał. Jeszcze mi się dziwili jak czytałem książkę albo grałem w pasjansa i miałem totalnie w dupie co tam się dzieje, poza moim stanowiskiem. Tak wiem, jestem maksymalnie głupi, bo nie potrafię się skupić na pracy, szczególnie będąc otoczonym ludźmi, przy których się nóż w kieszeni otwiera, których esencja bytu jest opieprzaniem siebie nawzajem i udawaniem słodkich idiotów przez klientami i wyżej postawionymi pracownikami w hierarchii. Szef aż się zdziwił, gdy patrzyłem w jego oczy z czystym szczęściem i entuzjazmem, gdy mnie poinformował o nie przedłużeniu umowy o pracę (tyyyyle wygrać!). Najznamienitszym dowodem tego, że pracowałem, jest moje ciało. Młody i przystojny chłopak w pięć miesięcy stał się nieruchliwym pączkiem. Przez te 5 miesięcy straciłem całą pasję do czegokolwiek, co chciałem robić i poznać. Po prostu nie widzę sensu (ach, chyba, że będę jakimś cudem pracował jako nauczyciel) w zdobywaniu tego wszystkiego. Nie interesują mnie sfery jakiejkolwiek wiedzy, nie interesują mnie kobiety, nie interesują mnie nowe umiejętności. Nie chcę przy sobie nikogo, chcę odejść, w najlepszym wypadku "odrodzić się", bo czuję się, jakbym miał zaraz umrzeć. Zresztą, chętnie bym poznał co jest tam, po drugiej stronie... jeżeli oczywiście jest.

I jeszcze nie mam tytoniu pod ręką! ;/

Z tego wszystkiego najbardziej absurdalne jest to, że muszę zadowalać kogoś i ciułać pieniądze jak pojebany, bo obecny system nie pozwala--takiemu mi--na samowystarczalność. Jestem w pułapce, jestem osaczony wyborem między złym a gorszym (dodatkowo widzę, że w zasadzie w żadnej pracy nie będą doceniać moich talentów i umiejętności; są one po prostu nieprzydatne). Patrzę na te pieprzone ogłoszenia i wszędzie widzę, że potrzeba kogoś, kto zna się na komputerach, itp. Kto zna się na jakichś biznesowych bzdurach. IT się w ogóle nie interesuję, a słownictwo biznesowe sprawia, że rzygam. Zostaje wysyłanie CV gdziekolwiek na nauczyciela. Ach, jak super!

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam logicznych argumentów poza nagromadzeniem negatywnych emocji i zniesmaczenia do świata. Nie chce mi się nawet o nim myśleć i zracjonalizować na chłodno w jakiej sytuacji się znajduję i po kiego mi to wszystko.

Wiem, że jestem słaby. Nigdy niczego nie wygrałem. Całe życie na najniższych miejscach, ew. na środku. Nigdy człowieka, który pomógłby w dążeniu do celu, tylko na karku ludzie, którzy wymuszali zdobycie jakichś standardowych umiejętności, z których i tak nie wykształciłbym takiej mocy, żeby wygrać. Wyśmiewanie, próby przejęcia mnie i moich myśli, niezrozumienie i niechęć zrozumienia.

Jak się cieszyć życiem? Wpadać w nałogi, by przeżywać chwile przyjemności? Skoro codzienność nie sprawia ani trochę radości chyba zostaje tytoń albo alkohol (ble, nie lubię). Ludzie mówią, żeby robić to, co się lubi. A jak się niczego nie lubi? Moje "lubienie" polega na tym, że siedzę i gram w gry, będąc odciętym od świata. Toteż nie sprawia mi satysfakcji, jest tylko chwilowym relaksem. Świecie, co ty na mnie wymuszasz? Po co mi to wszystko?

Nawet nie konkluduję. Nie chce mi się. I tak nikt tego nigdy nie przeczyta, a nawet i jeżeli, to wyśmieje to i porzuci czytanie tego bloga. Bo po co nienawidzić świata i zadawać sobie pytania dlaczego jest jak jest, kiedy można "działać"? Sam nie wiem...

czwartek, 24 stycznia 2013

Moje chcenie

Chcę tworzyć gry planszowe i karciane!
Chcę być wprawnym multi-instrumentalistą z wyćwiczonym słuchem muzycznym!
Chcę zająć się psychologią i lingwą trochę.
Chcę poznać teorię gier, teorię muzyki, kilka psychologicznych (dowolnie wybranych) metod.
Chcę w życiu tworzyć cokolwiek się tylko da w teorii i sprawiać, by działało w rzeczywistości.
Chcę poznać też co to jest miłość, bo nie wiem co to i nie rozumiem tego.
Chcę przetestować wszystkie instrumenty muzyczne, jakie ludzie wymyślili.
Chcę żyć i poznawać ten świat.

btw, chcę pamiętać o tym, że warto by się zastanowić nad de-mnemotechnikami ;)

Na razie tyle, do napisania.

piątek, 9 listopada 2012

Reorganizacja, czy przemianowanie starych zwyczajów?

Pisze tego posta pod wpływem wielu czynników. Końca studiów, zerwania relacji pseudo-partnerskiej, wysiłków w dziedzinie poszukiwania pracy (której idei, ani wagi jeszcze nie zdołałem pojąć), kreatywnej destrukcji moich obecnych marzeń i próby ułożenia czegoś osobiście, ogólnego doła z którego musi wyjść coś pozytywnego.

Mam projekt gadżetu do ubrań, który chętnie byłby łyknięty przez steampunkowców, ale nie jestem generalnie na tyle przedsiębiorczy i sprytny, żeby go sprzedać, chociażby jako patent. Ale nie o tym teraz.

Wczoraj przed pójściem spać naszła mnie myśl jak przeorganizować rodzinę, żeby żyło się "łatwiej". Natomiast sama idea przeorganizowania wydaje się dość (w obliczu utrwalonych schematów) kontrowersyjna.

Myślę, że rodzina nuklearna, a więc "para małżeńska" z ewentualnymi dziećmi wcale nie musi się składać z dwojga ludzi. W takiej rodzinie może się trzymać dowolna ilość ludzi, dowolnej płci, której relacje między sobą są na tyle bliskie, że wszyscy chcą się siebie trzymać. Ta relacja może być jak najbardziej poliamoryczna. Wiem, że nie wszyscy są otwarci na seks i to trzeba szanować. Dla każdego coś. Gruntem jednak jest to, że przy dobrym rozplanowaniu środków finansowych i pracy w ten sposób można by było naprawdę szczęśliwie i dostatnio żyć. Wyobraźmy sobie, że w takiej, minimalnie (a dla mnie najbardziej optymalnie) 3-osobowej "parze" każdy dobiera sobie rolę. Dwoje pracuje, jedna osoba zajmuje się domem. Ekonomicznie wydaje mi się to o wiele lepszym wyjściem, a i w wypadku natrafienia na problem jest o wiele więcej umysłów, które będą w stanie rozwiązać dany problem. Do tego dołóżmy ogólnie więcej pomysłów na życie i planów na jego rozwój. Dla mnie to brzmi jak sielanka.

Kiedy wyobrażam sobie, że pojawiają się w takiej relacji dzieci, byłoby o tyle łatwiej, że dziecko miałoby więcej sposobów zachowania do wyboru z obserwacji "rodziców". A i nie dochodziłoby do sytuacji jakie mam u siebie w rodzinie, gdzie moja babcia zawsze wymaga od mojej matki uwagi, bo "tylko ją ma". Potrafią z byle pierdoły zrobić "cudowną" kłótnię.
Nie!
Ten tradycyjny model rodziny ma zdecydowanie za dużo wad, który dodatkowo potęgują źle dobrane (w losowy sposób) osobowości jej członków.

Mam nadzieję, że może któregoś dnia uda mi się coś takiego zrealizować, byłoby to w pewnym sensie łamiące schematy.

Na razie to tyle. Miło by było zobaczyć jakąś dyskusję (bez form erystycznych) na ten temat.

niedziela, 23 września 2012

Proszę o świeczkę--idiosynkrazja postrzegania świata--wymarzona konkluzja.

Świat wymusza.
Tyle nie-wiadomo-czy-potrzebnych zachodów o coś,
o wizje,
często się siebie pytam po co mi to?
I dlaczego wszystko zmierza do tego,
że...
będę uczestniczyć w tej machnie?
Ona jest bez sensu.
Nie ja ją ułożyłem, tak myślę,
a wszyscy mówią, że nie będzie mi to dane.

Nie widzę drogi.
Tej szczęśliwej.
Jest tylko ta zwykła, niewiadoma.
Mogę tylko ją modyfikować, żeby wydawała się szczęśliwsza.

Światła!



Z faktów:

Jestem pod koniec pisania pracy licencjackiej z metodyki nauczania języka niemieckiego, lol. Pod sam koniec, kiedy muszę jeszcze napisać 3 cholerne konspekty zajęć, nie mam pomysłu na nie, ani weny. Mam nadzieję, że do dzisiaj/jutra skończę pisać te cholerstwa.

Teraz trzeba zmuszać siebie samego.

Tym się, jak na ironię jeszcze nie zajmowałem.
Ze względu na cholerną uległość... źle, nazwijmy to grzeczniej... "tolerancją"--chociażby wobec tego, co postrzegam jako niedoskonałości u innych i powierzchowną chęć wprowadzania harmonii, do często i tak zjebanych towarzystw i ludzi, którzy nie widzą swoich wad w jasnym świetle (a ba! obrażą się, jak się o nich powie, nie czuję się bezpiecznie z takimi opiniami)--bardzo skupiam się na innych ludziach. Przez to sam nie wiem czego chcę. Nie zwracałem uwagi na to, jak bardzo sam siebie zmuszam do wielu rzeczy.

Chciałbym się poczuć takim skurwielem, egoistą.
Powiedzieć "nie", przestać akceptować wady i niedociągnięcia. Tylko, gdy będę mówić, co myślę, stracę. Czasami, kiedy mam coś takiego zrobić po prostu automatycznie wyłącza mi się myślenie, potem nie mogę sobie przypomnieć dlaczego ktoś zasługuje na naganę. Przecież to jest też człowiek i wymaga tolerancji, akceptacji. Chciałbym napisać, że "bzdura", ale jak ja będę sam w swoich oczach przez to wyglądać?

Mam wrażenie, że wszyscy są mi obcy. Tak naprawdę nie znam nikogo. Mogę przewidzieć wyniki prostej interakcji, zdarza mi się, że dobrze dopasowuję zachowanie do sytuacji, ba, nawet jestem w nim szczery. Tylko nawet mimo prób zmniejszania dystansu, on nadal jest. Współpraca, współdziałanie, to klucz do tego typu problemów, tylko jeszcze chyba nie poznałem ludzi, którzy pomogliby mi ruszyć z kopyta, wyzwolić swój potencjał.

Z mojej strony szczerze mnie drażnią ludzie, którzy odmawiają różnych propozycji (bo nie), albo stawiają w nich warunki, podczas, gdy moje intencje są nawet i obiektywizując dobre.

Teraz tylko pytanie; czy to wszystko co tu napisałem jest prawdziwe, czy nie? Przecież wchodząc w jeden tok myślenia nakręcam się emocjonalnie na podążanie nim i mogę uwierzyć we wszystko to, co piszę, uznać za byłe, istniejące i będące dalej. Wystarczy odrobina uwagi i wypowiadanie słów. Nie mam gwarancji na to, że to, co tu dzisiaj napisałem oddaje jakikolwiek rzeczywisty stan rzeczy, na zewnątrz, czy we mnie samym.

Chyba jedynym prawdziwym marzeniem, jakie w sobie mam jest budowanie świata od nowa. To bym potrafił.
I wiele piękna naokoło. Tak, żeby zminimalizować cierpienie i wyciągnąć potencjał z każdego człowieka.

Osho miał rację. Kiedy wyrzuci się z siebie wiele "zła", na jego miejscu pojawia się spokój.

Dobranoc.