niedziela, 9 października 2011

POPRAKTYKOWA REFLEKSJA; dobry kontakt w szkole.

Z dniem 28.09.2011, zakończyła się (teoretycznie) moja praktyka miesięczna w gimnazjum nr X, w moim mieście. Co prawda, standardowo, przygotowanie papierków zajęło mi nieco więcej czasu, jednak dokumentację udało mi się na czas złożyć w stosownym miejscu.

Po praktykach mam pozytywne wrażenia. Dzieciaki super-inteligentne, grzecznie się zachowujące (jak moje doświadczenia z młodzieżą gimnazjalną, to i "najgorszą" klasę powinni nagrodzić za dobre zachowanie w tej szkole), no po prostu cud-miód-orzeszki. Nawet chętnie pracowali, kiedy było trzeba.

Od początku stawiałem na dobry kontakt z grupami, które, pomimo niejakich obaw przed językiem niemieckim, dawały nieźle radę; każda w swoim tempie. Moim zadaniem było utrzymać równowagę między stanem radosnego i kreatywnego rozwydrzenia, a chęcią do pracy na zajęciach. Ignorowałem pomniejsze kwestie związane z dyscypliną i skupiałem się na tym, żeby mogli ten język niemiecki zrozumieć; ze względu na ich feedback, wydaje mi się, że szło mi to dość dobrze. A nawet i jeżeli nie rozumieli, to potrafili wykorzystać odpowiednie źródła, by wykonywać zadania.

Jako N-l, mniej więcej jestem już w stanie określić swoje mocne i słabe strony. Wiem, że jestem zdolny do pracy w zawodzie, jednak są 2 główne powody, które odstraszają od tej pracy (przynajmniej w szkole państwowej). Pierwsza kwestia, to sprawy papierkowe, jest ona jednak dość łatwa do przepracowania. W porównaniu do drugiej jednak blednie. Druga kwestia to ludzie, którzy są ponad Tobą, jako N-lem. Dyrekcja. Podczas rozmów z w-ce dyrką, które były potrzebne do dokumentacji praktyk. Słyszałem jak i o czym ta osoba mówi i wiem, że w życiu nie chciałbym tak tradycjonalistycznej i tak skupionej na kasie osoby nad sobą. Najlepszy był tekst, ze nowi nauczyciele, to chyba będą mogli otrzymać pracę w tej szkole, jak stara kadra umrze. Już samo to powiedziałoby wystarczająco wiele człowiekowi, który nie orientuje się w teoriach osobowości, ze ma do czynienia z osobą która się boi (nieprzewidzianych spraw i nowości), wypiera (nowe rzeczy) i zadowala się starym, skostniałym porządkiem.

Ludzie ok.50 lat i inni, którzy widocznie mentalnie się starzeją powinni być ze szkoły (jakiegokolwiek stopnia) wyrzucani. Ludzie, którzy nie idą z duchem czasu i trzymają ster placówki oświatowej tworzą jedną, katastrofalną szkodę; hamują rozwój. Dlatego i młodzież nie dostaje towarzystwa z którym ma wspólny język i czuje, że może się rozwijać (rozrabianie, podważanie autorytetu, wyzwiska, zlewanie na oceny), dlatego istotne i nowe tematy w nauce nie ruszą się do przodu. Gdyby Freud nie umarł, do tej pory obowiązywałaby stara wersja psychoanalizy (która zresztą i tak jest nieaktualna). To, co wymyślił, trzymał żelazną ręką.
Za to nauka komercyjna (np. NLP)... u-hu-hu. Rozwija się wspaniale. A tam sami młodzi ludzie są, którzy nie są blokowani przez szalonych, paranoicznych, kompulsywnych starców.

Jesteś młody? Idź do szkoły. Jesteś stary? trzymaj się od oświaty najdalej jak możesz :)

Póki jestem młody, mogę być N-lem. Póki myślę jak młody i mam opanowany język i rzeczywistość młodych, mogę mieć z nimi kontakt. Im bardziej się od tego odcinam, tym mam większe szanse na znielubienie mnie w zawodzie.

sobota, 10 września 2011

JĘZYK WYUCZONY; czyli postrzeganie świata zmodyfikowane przez edukację

Wróciłem pełen werwy i energii z dwóch względów. Pierwszy i bardziej istotny, to praktyki jako germanista w tutejszym gimnazjum, z których doświadczenia postaram się wylać i tutaj; a drugi, to zbliżający się rok akademicki.

Natchnienie do napisania posta dała mi pewna miła w dotyku osóbka, z którą prowadziliśmy dość zawiłe (jak na nasz stan umysłu) dysputy o rzeczach różnistych. Rozmowa zaciekawiła mnie bardzo, gdy powiedziała mi, że wyrażam się bardzo formalnie i buduję długie konstrukcje zdaniowe (oczywiście powiedziała to prostszym i bardziej nacechowanym emocjonalnie językiem). Trawiłem sobie to w głowie do czasu, aż mi się nie zapaliła żaróweczka, że kurde, wiem dlaczego! Co by nie było, że moje skojarzenie jest bezpodstawne, na podparcie moich myśli przywołam zmodyfikowaną treść hipotezy Sapir-Whorf, której treśc stosuje się w naukach kulturoznawczych, a mówi ona o tym, że język wpływa na postrzeganie świata przez jego użytkownika. W tej teorii ma się na myśli swój pierwszy, ojczysty język. Naturalnie do niego dochodzą potem języki obce, których poznawanie zwiększa tolerancję na różnice kulturowe.

Nie dziwota, że lubię słowne gry, zabawy dźwiękami, formą i tworzenie z nich pozytywnych bodźców. Jako kształcący się filolog poznałem masę słownictwa i wiele konstrukcji gramatycznych, z naciskiem na te, które były uznawane za "piękne" i "klasyczne". Wyćwiczony, korzystam z nich do tej pory. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że prawdziwa treść którą chce przekazać, jest tak głęboko zakopana w różnych-różnistych strukturach, które są wyuczone i tak naprawdę "nie moje". Dlaczego człowiek, który poznał tyle słów, tyle sposobów wyrażania zdań, intonacji, kontekstów nie jest odbierany za osobę autentyczną? Osobę o dobrych intencjach; przyjazną i ciepłą? Otóż, ponieważ, to wszystko wyuczone, nie było nabyte drogą naturalną. "Wykształcony ja", nie jest "prawdziwym mną".

Dążę teraz do tego, że w szkole, każdego przedmiotu trzeba się czegoś nauczyć nie tyle rozumiejąc dokładnie jak to działa i jak można z tego skorzystać w przyszłości, ale po prostu opanowując dane zagadnienie od strony językowej. Przypomnijcie się reguły gramatyczne, które się wykuwało na pamięć, albo suchy i formalny język przedmiotów ścisłych, który wymaga doskonałej precyzji. Teraz z kolei wyobraźcie sobie człowieka, który dużą część życia spędził w wojsku, gdzie niejednokrotnie mu łamali psychikę tłumacząc to wdrażaniem dyscypliny. Każdy z tych ludzi będzie się komunikować inaczej, każdy w rozmowach będzie zwracać uwagę na zupełnie inne aspekty życia. Naturalna sprawa. Nie ma o czym rozmawiać, jeżeli dziedziny i zainteresowania się nie pokrywają. U mnie jest to też widoczne. Chociażby w tym, że buduję długie zdania, jestem kontaktowy, czasami trochę suchy i mówię, jakbym pisał pracę na zaliczenie.
Tak. Oprócz strategii wypełniania luk w rozmowie (które wykraczają poza zwykłe "eeeee" i potrafią być całym zdaniem) staram się świadomie kontrolować zdania jakie wypowiadam z kilku względów. Chcę się wydać osobą wykształconą i być jak najbardziej dokładny w tym, o czym mówię. Rozwlekam się i z argumentu skaczę do kolejnego i kolejnego. A to na koniec sumuję.

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że im więcej edukacji tym trudniej człowiekowi odbudować kontakt z "naturalnym sobą". Im więcej wiem, tym trudniej mi to opuścić, bo kim ja będę bez takiej wiedzy? To zahacza o buddyzm, i to o jego odłam Zen dość mocno, jakkolwiek na ten czas mojego życia nie mam czasu, ani ochoty wchodzić w to głębiej z tej strony. Jeszcze chcę się bawić tą materią, swoimi możliwościami, bo zawsze jest ta szansa i nadzieja, że coś da się zmienić. I to na dobre. Chcę wejść w ten temat języka wpływającego na ludzkie życie i światopogląd od strony szeroko pojętej edukacji. Tutaj pytanie powinno brzmieć: "czy w ogóle warto się uczyć, skoro po tym wszystkim wychodzę inny/a i zmieniony/a?".

Pomyślmy teraz, jak to wygląda z punktu widzenia ucznia w szkole. Czy nasza edukacja nas zmieniła? Jak bardzo? Język których przedmiotów zdominował nasze umiejętności komunikacyjne?

Odpowiedź na to jednakże jest za trudna dla mnie teraz, jakkolwiek jestem pewien, że w moim procesie zdobywania wiedzy powinienem częściej "włączać filtry". Po przyjęciu niektórych informacji uważać, żeby nie zmieniły mojego światopoglądu i nie budowały fałszywych generalizacji. Człowiek ma tendencję do ślepego pozostawania przy swoich generalizacjach, co zamyka go na doświadczenie czegoś nowego. Jako osoba "podążająca w kierunku światła", świadomie to zmieniam.

Mam nadzieję, że mój punkt widzenia okazał się jasny, w razie nieścisłości, albo błędów, poprawię tego posta. Dziękuję za uwagę. :)

czwartek, 23 czerwca 2011

GNIEW

Dzisiejszy temat opierać się będzie poniekąd na teorii typologii osobowości, "enneagramu", informacjach z testów kinezjologicznych, może czegoś z Dalajlamy i będzie to połączone, naturalnie, osobistymi przemyśleniami.

Zacznę od enneagramu. Nie będę wprowadzać, bo nawet na wikipedii można znaleźć dość obszerny artykuł o tym z czym się to je.
Pisząc baaaardzo ogólnie, enneagram opiera się na ludzkich wadach; w każdym razie na tym, co nazywamy wadami i możemy wadami nazwać. Im ma się więcej widocznych "wad", tym jest się bardziej widocznym numerkiem. Podstawowy podział wychodzi z 3 emocji, które są dla człowieka pierwotne. Czyli na wstydzie, strachu i gniewie. Nie mam zamiaru pisać teraz o odcieniach tych emocji, poza może tym, że na gwiazdce...


..jak widać został dokonany tymi czerwonymi liniami podział na 3 części. Na dole są typy, których wyzwaniem jest głównie wstyd/głód uznania (2, 3, 4) i strach/lęk (5, 6, 7). Natomiast typy 8, 9, 1, są typami, którymi kieruje gniew. No, agresja, złość; różnie to można nazwać.

Teraz pytanie.

Czy ich umieszczenie na górze gwiazdki jest przypadkowe?

Z pewnością się domyślacie, że odpowiedź brzmi "nie". Pal teraz licho strategie radzenia sobie z gniewem tych typów, chodzi o przejrzenie tych emocji z pewnego punktu widzenia. Posilę się informacjami, które pewna dobra osoba wkleiła na forum enneagramu, a łączą się z czymś, co zostało nazwane "testem kinezjologicznym" i poziomami świadomości wg dr Hawkinsa (którego niestety nie znam za bardzo dobrze).

O ile dobrze czytałem testy te opierały się na wprowadzeniu badanego w jak najbardziej neutralny stan emocjonalny (uważam, że totalna neutralność jest niemożliwa). Osoba badana była wprowadzana w stan zrelaksowania w pozycji stojącej i miała rozłożone na boki ręce. Reakcje na bodźce kojarzące się z emocjami, albo pojęciami, które wprowadzali badający polegały na wzmacnianiu, lub osłabianiu oporu rąk badanego na lekki nacisk na nie. Jakkolwiek dalszych informacji nt. sposobu obliczenia tego nie posiadam, niestety.
Teraz, im niższy stan emocjonalny, tym niższa wartość cyfrowa (info zaczerpnięte z tego tematu: klik ; zresztą na tym samym subforum znajdziecie informacje o teście kinezjologicznym).

Poziomy energii, bez opisu stanu świadomości:

20: Wstyd
30: Wina
50: Apatia
75: Żal
100: Strach
125: Pożądanie
150: Złość
175: Duma
200: Odwaga
i dalej aż do 1000

Dopiero od "Odwagi", zaczynają się te wszystkie pozytywne poziomy zdrowia. Odnosząc do to "enneagramu", łatwo można zauważyć, że największe problemy mają ze sobą typy 2, 3,4, 5, 6, 7, których emocje i postrzeganie świata opierają się na wstydzie i strachu i odcieniach tamtych emocji.

Opierając się na tym źródle możemy śmiało stwierdzić, że gniew/złość utrzymuje nas na wyższym poziomie świadomości niż wstyd, który sprawia, że chcemy się zapaść pod ziemię, albo strach, który każe nam się ukrywać. Obie z tych emocji muszą więc blokować drogę do konfrontacji ze sobą i ze swoim życiem.
Osobiście wydaje mi się, że ta "Złość", którą dalej będę nazywać "gniewem" jest tutaj kluczem do wzrostu.

Ale, ale! Dlaczego w ogóle gniew? Przecież to bardzo negatywna emocja jest! Kontaktu z ludźmi, którzy się gniewają i kierują się właśnie takimi pobudkami nie da się opanować. Trzeba ich stale uspakajać...
No właśnie tutaj jest pies pogrzebany.

Od jak dawna ludzie, którzy są ponad słabszymi radzą sobie ze wszelkimi sposobami wyrzucania gniewu poprzez represjonowanie? Straszenie i zawstydzanie? Człowiek, który jest "wkurwiony" potrafi wziąć sprawy w swoje ręce i, szczególnie wspomagany przez desperację, rozwiązać pewne problemy raz na zawsze. Szczególnie, gdy to burzliwe emocje przejmują ster świadomości. Ludzie, którzy zostali w procesie kształtowania świadomości w społeczeństwie ugrzecznieni, będą się bali tych, których energia jest dzika i nieposkromiona. Człowiek w gniewie nie czuje tych granic. Może zniszczyć pewną tamę, która blokuje go przed wyjściem ze swojego osobistego Matrix'a. Takich kompleksów, towarzystwa krzywdzących ludzi, przedmiotów; ogólnie od wszystkiego. A kto trzyma ludzi z daleka od ich gniewu? Wymusiciele! W specjalnej odmianie "Tłumicieli", jakkolwiek. Nie tylko w szkole można ich znaleźć. A chwila zastanowienia może teraz przed Wami otworzyć jakiego rodzaju ludzi mam na myśli.

Jak traktowane jest w szkole dziecko, które jest bardzo aktywne i nie wie co ma zrobić ze swoim gniewem? Które nie wie jak ma się wyżyć? Takim stawiane są uwagi i nagany. Młody człowiek ma wtedy dwie możliwości strategii poradzenia sobie z tym, jedna należy do przeszłości i sam miałem z tym nieco do czynienia, druga stosowana jest coraz częściej. Pierwsza polegała na tym, że taki ktoś jest łamany psychicznie przez takich wymusicieli i nierozładowany gniew buzuje wewnątrz, przekształcając się w jedno z dwóch na niższym poziomie. W strach ("bo biją i karzą i trzeba uciekać"), albo wstyd (bo jestem zły i niedobry i nie mogę być tym, kim jestem"). Druga kwestia, która wychodzi od niedawna i jest o wiele lepsza, ale niszczy relacje w szkole, a w szczególności tej państwowej, to usilne zabieranie autorytetu takiemu wymusicielowi przez uczniów, co przynosi rezultaty, jeżeli taki wymusiciel jest daleko od wsparcia takiego dyrektora placówki, albo kogoś w tym stylu. Tylko skąd młodzi ludzie mają o tym wiedzieć? Kto im o tym powie?

Idealizując, w szkole (państwowej) powinny być zajęcia właśnie uczące o psychice człowieka, chociażby, aby można było rozmawiać o gniewie i jego przejawach. Odnaleźć osobiście strategie radzenia sobie z nim na różny sposób. Świadome kierowanie gniewem. Tłumienie może spowodować, że młoda osoba będzie szukała różnych dróg ujścia już nie gniewu, a nienawiści. A pod to podczepiają się ideologie, które są już trudne do wyleczenia. To naprawdę boli człowieka od środka, jak ma się pozbyć jakiejś ideologii, to jak zrywanie nadpsutego strupa z głębokiej rany.

Co zrobić z gniewem? Wielu ludzi o tym myślało. Są substytuty radzenia sobie z gniewem, jak np. pójście sobie na imprezę i wpierdolenie komuś za to, że ma krzywe ucho. Można zacząć trenować jakiś sport, co daje o wiele lepsze rezultaty i wykształca wrażliwość na własne ciało. Jednak jeżeli czynnik wywołujący gniew staje się nie do zniesienia, to znaczy, że trzeba i można coś z tym faktem zrobić. Człowiek gniewny jest czynny, może działać, człowiek wstydliwy i zastraszony woli uciekać od działania. Człowiek aktywny zmienia świat samodzielnie, a pasywny pozwala na wprowadzanie zmian do swojego świata.

Dalajlama w książce pt. "Uzdrawianie gniewu" mówi o swoich sposobach na radzenie sobie z gniewem. Opisuje różne jego aspekty i wspomina, że gniewanie się np. w kwestii spraw które przeminęły i już nie wrócą jest bezsensowne, bo z nimi już nic nie można zrobić. Natomiast tam, gdzie można działać i należy to zrobić, to się robi. Inaczej pozwala się innym na kierowanie sobą. A lepiej, żeby to człowiekiem kierował jego własny osobisty gniew, czysta emocja (człowiek to istota emocjonalna), niż jakiś niewidzialny, karzący strażnik. Boicie się go? Chciałem napisać coś więcej, ale zdecydowanie nie mam teraz ochoty na wertowanie tej książki ;), jakkolwiek osobiście ją polecam. Fragmenty. Można po nią przyjść do mnie ;p

Zachęcam każdego do spotkania się ze swoim własnym gniewem, poznania się z nim. Powiedzenia sobie, że te uczucia wszystkie są w porządku i pracy nad swoim własnym wewnętrznym wkurwem, która ma przynieść pozytywną zmianę w życiu. Dodam, że to praca dla mądrych i świadomych ludzi, którzy chcą znaleźć swoje miejsce w obecnej rzeczywistości.

A jak z tego korzystać w szkole? Od razu. Spontanicznie, myślę.

środa, 15 czerwca 2011

Krótki stan natchnienia 1

Długo nie pisałem.

Dzisiaj pozwolę sobie na coś luźniejszego.

Ostatnie zainteresowania?
Socjonika i rozwój koncepcji gałęzi "nauki", którą mam zamiar w najbliższym i jak najszybszym czasie stworzyć. A nazwałbym to "antylingwistyką".
Jeszcze nie będę pisał o czym by to było, jednak jak na obecne czasy, uważam, że miałoby wiele sensu.

Ostatnio przeżywam okresy braku koncentracji wyprzedzonego na szczęście szczęściem i nareszcie przebudzonymi i wykorzystywanymi umiejętnościami kontaktu międzyludzkiego.
Nie będę pisał, co dokładnie mam na myśli, ale już kilka razy podczas tej sesji egzaminacyjnej miałem wiele szczęścia. Uzyskałem też trochę przychylności "istot wyższych".

Ze słów wspomnianych dzisiaj mogę zapodać, czym jest socjonika.
Otóż: http://socjonika.pl/#wprowadzenie

Każdy z typów podobno można rozpoznać wizualnie i nazywa się to wizualną identyfikacją danego typu.
Dla tych bardziej utalentowanych wizualnie i intuicyjnie: http://www.typelab.ru/pl/1.1.types/index-type.html

Jest test, który został polecony przez jedną osobę, która szczyci się (a raczej w tej chwili jest szczycona przeze mnie) dużą wiedzą z zakresu socjoniki, enneagramu, nlp i innych tego typu zabaw.
Test: http://www.helloquizzy.com/tests/refined-socionics-test-20


System zaszufladkował mnie, jako IEE. Nawet mi to bardzo odpowiada, tym bardziej, że bardzo pociągają mnie żeńskie SLI, które są dla mnie typem komplementarnym, "dualami".

Request: Jeżeli to czytasz i jesteś żeńską przedstawicielką typu SLI, napisz do mnie ;)

Na razie to tyle.

a w konciku mózycznym gra dzisiaj koleś ze stargardu szczecińskiego zremiksowany, o!

niedziela, 5 czerwca 2011

LINIA CZASU; czy może raczej punkt w czasie? pitupitu

O co chodzi?
Dzisiaj chcę poruszyć jeden z fajniejszych do ogranięcia tematów. Będę zahaczać o skupienie się na danym momencie w czasie u ludzi i o tym, jak myślę radzić sobie z ciągłymi aktualizacjami informacji; nie tylko w szkole; no i trochę mistycyzmu w to wmieszam.

Cyk, cyk, cyk... DrrrrrrrRRRyŃ! Czas zacząć!

Kiedy myślimy o czasie, przeważnie wpadają nam do głowy skojarzenia, jakich uczyli nas od dzieciństwa. Jesteśmy w bliżej określonym, obecnym "teraz", które jest tak chwilowe, że już go nie ma. Za nami jest przeszłość, która wpływa bezpośrednio na 'teraz', a przed nami jest przyszłość. Myślenie o czasie, jak o czymś podzielonym na 3 części wydaje się dość logicznym wyjściem. Byłem, jestem, będę. Idę do przodu. Tralalala.

Czegoś mi tutaj brakuje... Coś się nie zgadza...

Odczuwam, że to podejście linearne neguje coś, co istnieje gdzieś wyżej. Zmianę. Jeden punkt niczym pociąg jedzie do celu na jednej szynie. Wszystko przewidziane, ustalone. Łatwiej uwierzyć w przeznaczenie. Możliwe, że dlatego właśnie istnieją do tej pory ludzie, którzy wszelkich zmian się boją. Inne podejście do interpretowania czasu wymaga swoistego mistycyzmu. Przyjęcia swojego bycia w "tu-i-teraz" i wiecznego stawania się czymś nowym. A to już powoli wykracza z koncepcji pociągu jadącego do celu. Zmiana może nadejść właśnie w każdej chwili, a jeżeli ograniczamy się do linearnego spojrzenia na czas, jedziemy bezwolnym pociągiem, kiedy gubi się nam linia, widzimy "koniec świata". Strachy na lachy. Bum-tarara.
Inne podejścia już dawno były, "opracowane", że tak to ujmę. O starożytnych filozofach nie będę pisać, bo po prostu nie chcę się gdzieś po drodze jebnąć, ale mam ogólne pojęcie o tym, że w średniowieczu, gdzie istnieli pierwsi ludzie, których moglibyśmy nazwać mistykami, którzy odcinali się od kościoła, aby poznawać boga na własną rękę z daleka od autorytetów, już kształtowali inne pojęcie o tym.
Już w epoce baroku był widoczny rozwój takiego myślenia. Wiedza została zdobyta niedawno, bo tego roku akademickiego na zajęciach z literaturoznawstwa niemieckojęzycznego. Andreas Gryphius napisał kiedyś takie wierszydełko: 
o! Tu je macie!

Że tak zalecę własnym tłumaczeniem:

Me lata, to nie te są,
Które mi czasu zabrały,
Me lata to nie te są,
Co jeszcze nadejść by chciały,

Spojrzenie jest jednak moje,
I je pod uwagę biorę,
I tak właśnie te moje,
Lata i wieczność są zrobione.

Wydaje mi się (chociaż te dwa ostatnie wersy są takie... naciągane), że chodziło mu o to własnie skupienie się na tym teraz, które jest jedne i jedyne. Które wciąż się zmienia, które wciąż nam daje wiele nowego. Różnorodność. Zresztą, o ile dobrze kojarzę, to własnie w buddyzmie, w medytacjach chodzi o to, żeby przestać myśleć o przeszłości i przyszłości, następnie o teraźniejszości i tak pozostaje sam czysty umysł, świadomość. Która potem też się rozpływa.
Przychodzi mi na myśl jeszcze jedno w tym kontekście, co też uważam za godne podzielenia się. W czasie myśli się stale powtarzają. Wciąż to samo wciąż się zmienia. Znaczy się w środku jest tym samym; natomiast nosi po prostu inne ubrania. Przed Gryphiusem na pewno był ktoś, kto miał podobne myśli o teraźniejszości, o istnieniu w jendym punkcie, nie w linii czasu. Daje sobie uciąć... łącze od internetu :D.

Ale dalej w to już nie będę się zagłębiać. Na razie mam teraźniejszość—ten post na blogu—do opanowania. ;P

Piszę o tym, bo linearny czas, to również jedno z subtelniejszych narzędzi wymusicielstwa. Znacie ludzi, którzy pasjami sobie organizują czas? Którym nieprzewidziane okoliczności wszystko burzą? Którym zdecydowanie brakuje tolerancji? Wmówiono im, że czas trzeba samemu organizować, żeby nie tracić ani chwili. Im on cały czas ucieka. Wstyd przed utratą chwili, niechęć do tego, że ktoś mógłby im wytknąć bycie no-lifem (nie wiem jak to po polskiemu wyrazić normalnie), zmusza ich do wypełniania każdej możliwej sekundy życia planem, który ma się wypełniać.
Wymusiciele wymyślają terminy prac klasowych, kolokwiów, egzaminów. Wymusza to na nas planowanie czasu w określonych celach, które mogą się nie zgadzać z naszym wewnętrznym rytmem. Gdy to się nie zgadza, z różnych powodów (zakochałem się szczerze z wzajemnością//mam wenę, wole grać na gitarze//zajmuję się chorymi rodzicami//nie dojrzałem do zrozumienia danego zagadnienia), cierpimy konsekwencje w systemie. Nie będę pisał co się potem budzi, bo nie mam za zadanie wywoływać w ludziach negatywnych stanów. Wymusicielstwo związane z czasem linearnym sięga wiele dalej. Skąd mamy kryzysy wieku średniego? Osho mówił w "Księdze kobiet", bodajże, że wschodnia mentalność nie do końca rozumie tych pojęć, jak "kryzys wieku średniego". Potem mówi o tym, że oni tam żyją bardziej w zgodzie z naturą i łatwiej im przyjąć do siebie czysto pragmatyczne sprawy, że np. się starzeją. A przynajmniej było tak za jego czasów obserwacji. Z pewnością każdy z czytelników sam byłby w stanie wymyślić kilka przykładów tego, jak czas linearny wpływa na nas. Jeżeli przyjąć te słowa Osho za dobrą monetę, znaczy to ni mniej, ni więcej, że życie zgodne ze swoimi naturalnymi cyklami osłabia nacisk związany z myśleniem o czasie linearnym.

Na wszystko jest czas!

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego dnia odcinacie się od mediów, czasu, nacisku, pieniędzy, pracy, poczucia obowiązków i innych stresujących pierdów. Jak wtedy żyjecie? Jak się Wam tylko podoba! Zgodnie z własnymi potrzebami i biologicznym zegarkiem. Tykacie sobie wtedy nie do ustalonego z góry pojęcia czasu, które istnieje po to, żeby stres poganiać stresem, kompulsywnym zajmowaniem się czymś, tylko do osobistego rytmu. Własna symfonia. Czasami przyspiesza, czasami zwalnia. Naturalność.
Przyjęcie zakorzenienia się w chwili obecnej wywala z nas i wstyd, który nam przynosi rozmyślanie o przeszłości i strach, który daje nam ukierunkowanie myśli na przyszłość. Jesteśmy od nich wtedy wolni. Jeżeli, Drogi Czytelniku, potrafisz sobie wyobrazić to, o czym piszę i na dodatek czujesz, że jest Ci to potrzebne, to znaczy, że jesteś zdolny do przejawienia tego stanu w świecie rzeczywistym. Jednak drogę do tego pozostawiam do odkrycia. Ja chcę być tylko inspiratorem.


Przy okazji, przypomnę o tym panu. Fajnie gra.

środa, 1 czerwca 2011

PO CO SIĘ UCZYMY... W SZKOLE? -- czyli wpis na dzień dziecka.

Witam ponownie.

Temat, który chciałem przedstawić na początku okazał się za długi. Pozwoliłem sobie na selekcję. Chwilę pomyślunku. Zacznę lżej i bardziej personalnie. Tamten temat pojawi się trochę później. Jak już się pojawi, to pizdnie z grubej rury. W kazdym razie taką mam nadzieję, że tak na Was podziała. ;)


Więc będzie krócej, od serca.


Zamykamy oczy. Wyłączamy cokolwiek, co nam przeszkadza się skupić. Myślimy o szkole. Teraz idą pytania. Czy wiedzieliśmy po co tam jesteśmy? Czego w niej tak naprawdę się uczyliśmy? Czego chcieliśmy się nauczyć, jeżeli w ogóle? Czy może było w niej coś dla nas istotniejszego? Czy my się chociaż trochę chcielśmy uczyć tego, co nam oferowała szkoła? A może była ona nam do szczęścia zupełnie zbędna?

Odpowiem na te pytania teraz.
Jak teraz się zastanawiam, to był przymus. Nie wiedziałem po co tam jestem. Historia ta sama dla każdego z nas. W końcu to tylko rodzice oznajmili nam (no, mi tylko matka), że tam idziemy, a my w naszej naiwności i pozytywnym nastawieniu do świata się na to godziliśmy. Ba! Z pewnością niejedno z nas mówiło, że będzie tam chętnie chodzić, że będzie się cieszyć z nowych znajomości. I wtedy <bach!> To ciężko upadła rzeczywistość właśnie. Już pierwszego dnia w szkole miałem ciężko. Grupa domniemanych kolegów okazała się bardzo agresywnie w stosunku do mnie nastawiona. Więc nie miałem szans się dostosować do tej grupy. Pierwsza różnica zdań rzutowała na pierwsze 6 lat mojego pobytu w szkole. A co na to dorośli w szkole? Jako dzieci, nie mamy siły krzyczeć słyszalnie. Jesteśmy wtedy jak złowione ryby. Nie mamy głosu. Gdyby oni słyszeli krzyk, potrafiliby chociaż współczuć. Z pewnością byłem tam nie po to, żeby się uczyć, tylko żeby dostać dość sporo kuksańców; żeby mi wmówiono, że jestem słaby i biedny, żebym się dowiedział, że za moimi plecami nie ma nawet na co upaść, że można spadać w nieskończoność. Wnioski są tak rozłożone w czasie, że wyciągam je dopiero od niedawna. Dopiero teraz się dowiaduję i widzę, że był to okres czasu z którego teraz muszę się otrząsnąć. Nauczyłem się też budować sobie maski. Po to mi była szkoła.

A czego tam się uczyłem? Na pewno nie przedmiotów szkolnych. Raczej tego, jak zostać niezauważonym; jak wrócić do domu bez nawiedzin ludzi, którzy mnie męczyli (teraz prawie wszyscy z nich mają do czynienia z kryminałem)? Z tego powodu miałem wielkie problemy z uczeniem się. Nie miałem tego komfortu.  Nauczyciele nie potrafili odsunąć ode mnie tych ludzi. Czy chętnie przychodzicie w miejsca, gdzie Was krzywdzą? I nawet nie wiadomo jak się zmór pozbyć? 
W liceum w końcu miałem zajęcia z angielskiego, gdzie byłem jedną z bardziej błyszczących osób w szkole, bo radziłem sobie niegorzej niż niejeden dzieciak, któremu rodzice fundowali prywatne korepetycje. 

Czego się chciałem nauczyć? Zawsze miałem pociąg do stworzenia czegoś fajnego, w miarę wielkiego. Plany przyszły stosunkowo niedawno, jednak musze przyznać, że gdyby nie te długie lata błądzenia po szkole (i studiach), dzisiaj bym nie doszedł do tego, do czego doszedłem. Mam na myśli długotrwałe grzebanie w śmieciach merytorycznych, w materiale nauczania i głównie gałęziach wiedzy, które samodzielnie odkrywałem. Jestem świadomy tego, że jest to proces długotrwały, ale bardziej opiera się on na psychice danej osoby. Na pewno nie na tym, co trzeba było opanowywać w szkole, a co się już i tak zapomniało.

Istotne w szkole? Walka ze sobą. Udebilnione próby nawiązywania kontaktu z ludźmi i przeforsowanie się przez to. To było istotne. Nie wychodziło, bo forsowałem, bo byłem głęboko zraniony i z tego powodu za mało otwarty.
W szkole brakowało mi osoby, która by znała odpowiedzi na moje pytania i potrafiłaby mnie nakierować na to, co mnie naprawdę interesuje. Wymusicieli nie obchodziły tam moje potrzeby.

Jeżeli będę pracować w szkole, priorytetem będzie nawiązanie dobrego kontaktu emocjonalnego z uczniami i w razie ich pytań, nakierowanie na cel. Wiem już, że materiał przerabiany na zajęciach jest mało istotny. Ważniejsze jest przekazanie sposobu myślenia. Chyba, że pojawiają się pytania. Najlepiej jest już pozwolić młodemu człowiekowi, po zmotywowaniu, samemu coś odkryć. Jeżeli uczeń pójdzie się za głosem intuicji w zbieraniu wiedzy i korzystaniu z niej, dojdzie dalej niż osoba opierająca się wciąż na słowach ludzi, którzy nie zaistnieli w naszym życiu nigdy (np. autorzy podręczników) i nigdy nie zaistnieją (np. martwi naukowcy, pisarze). Myśli i wiedza są wolne. Przykładami jednostkowymi na to, że własnie tak to działa, są chociażby w naukach ścisłych Einstein i Mandelbrot, a z twórców, to np. mój ulubiony poeta, e.e.cummings, który całą młodość uczył się o języku i o klasycznym pięknie, żeby na przyszłość to wszystko zniszczyć i przerabiać wedle własnego widzimisię w poezji.

Jednak krytycznie o szkole powinna mówić osoba, która już z niej wyszła. Tacy krytycznie patrzący na szkołę ludzie, powinni się stać nauczycielami. Nawet i niekoniecznie w tej instytucji. Ale dlaczego, to może kiedyś indziej. Może jak w komentarzu ktoś się mnie o coś zapyta, pojawi się wpis? Plany są po to, żeby je zmieniać! :)

a kto nie zna, niech zobaczy Mononoke Hime :)

środa, 25 maja 2011

EURODEPORTOWANI; czyli wymusiciele edukują młodzież społecznie.

Zanim jeszcze rozpocznę pisanie tematyczne (a kilka tekstów jest w drodze, są stale rozwijane i będę musiał się zastanawiać, co wywalić), opowiem Wam o sytuacji, która przytrafiła mi się dzisiaj.

Idę sobie na uczelnię, na poprawę jednego z kolokwiów, a tam widzę młodzież. Chyba z rocznika '93. Niektórych właśnie poznaję, bo miałem z nimi praktyki z angielskiego, jak jeszcze chodzili do gimnazjów. Zaczepiają mnie, robią zdawkowe wprowadzenie i zadają pytania. Coś było o UE; chodziło o jakieś stanowisko, które teraz zajmują Węgry, a Polska ma przejąć ten urząd w lipcu. Zaraz, moment. Na ubogą karteczkę informacyjną, napisaną przez burmistrza miasta spojrzę... Chyba już zdążyłem wyrzucić. Chodziło z pewnością o jakieś kierownicze stanowisko w jakiejś radzie. Zresztą, co mnie to. Unia mnie nie obchodzi, ja jej też nie powinienem.

Tak się patrzę po ich nietęgich minach i się pytam, jak myślą, po co jest mi ta informacja? Do czego ona mogłaby mi się przydać? Chwila myślenia z ich strony. Nie wiedzieli. Jeden w przypływie trzeźwego spojrzenia na sytuację odpowiedział: "no wie pan, jakby pan kiedyś brał udział w jakimś teleturnieju..." Na te słowa uśmiechnąłem się szczerze.

Pomyślmy teraz... Ci ludzie jeszcze nie wiedzą, jak mają działać w społeczeństwie, żeby coś uzyskać. Robią to, co im wymusiciele powiedzieli. Sami się przyznali do tego, że gdyby nie to, że im kazali, w ogóle by ich tutaj nie było. Zbędna sprawa. Burmistrz przypomina (się chwali), że Polska wchodzi gdzieśtam na jakieśtam miejsce w Unii i nawet nie zbiera ludzi, żeby powiedzieć, co można z tym zrobić, tylko rozsyła młodych licealistów po mieście, żeby ludzie się poczuli dumni, że Polska cośtam. Zamiast jakiejś kampanii, pt. "co możemy na tym zyskać?", informacji na temat, dostaję czekoladkę w opakowaniu reklamującym "mój" powiat. Chyba nie muszę teraz pisać, jak bardzo to było napełnione sensem... poza tym, że jedna z licealistek bardzo mi przypadła do gustu i szczerze ŻAŁUJĘ, że nie poprosiłem jej o numer.

Wracając do tamtego fragmentu rozmowy, uczestnicy akcji promującej czekoladki w opakowaniu powiatu chcieli uciszyć gościa, który szczerze powiedział, co myśli, na co odpowiedziałem, że wg mnie to on ma rację i że zamiast wykorzystywania ich do takich zadań, ci na wyższym szczeblu drabiny społecznej powinni sami sobie zadać trud i coś w mieście na ten temat mówić. Myślę teraz o tym, żeby chociażby dać kasę ludziom rozdającym ulotki, itp. Możliwe, że jakieś spotkanie dopiero się stanie, ale co tam. Plany są chyba jeszcze w przygotowaniach, na razie euforia i czekoladki dla każdego. Dodałem w rozmowie, że niektórzy mnie pamiętają (co przyznali) i że do tej pory wyrobiłem sobie zdanie o szkole. Powiedziałem kilka słów, po których usłyszałem: "jedyne sensowne zdania dzisiaj!" (a co to było, to przemilczę), zostałem dość mocno i po koleżeńsku klepnięty w plecy i w towarzystwie uśmiechów poszedłem w swoją stronę.

Zapamiętałem twarz tamtej dziewczyny. :D

Wniosek? Młodzież odczuwa fałsz, jaki kryje się za wszelkimi systemami. Młodzież z obawy przed trudnościami od wymusicieli różnej maści, bo nie tylko tych szkolnych, posłusznie wykonuje zadania. Na szczęście są jeszcze w wieku, gdy jeszcze nie są w to wciągnięci i mają bardzo mgliste pojęcie o organizacji czegokolwiek w naszym kraju...

...z pewnością poza nieformalnymi sposobami ;).

Na dzisiaj tyle.

a tu macie na uspokojenie nerwów. :)

czwartek, 19 maja 2011

Krok pierwszy.

Z radością informuję, że żyję.
Przy okazji o tym, że planuję tutaj od czasu do czasu coś sobie pisnąć.

O czym by ten blog traktował?
Na pewno o mnie; bądź, co bądź jestem centralną częścią tego bloga. Na pewno będzie składać się z przemyśleń, impresji, odrobiny inspiracji, idiosynkratycznego szaleństwa i pewnej dozy odchyłów zawodowych (póki co, uczelnianych).

Q: Imię i nazwisko?
A: Moje imię jest nieistotne; właściwie nigdy nie będzie.

Q: Zawód wyuczony?
A: Nauczyciel języków obcych.

Q: A nick?
A: Jest ironiczny; odnosi się do obecnie jeszcze prawdziwej i przez niektórych wciąż kontynuowanej roli "nauczyciela". Czuję, jak myślisz... Tak, to co rozumiesz poprzez słowo "nauczyciel", dla mnie precyzyjnie jest nazywane "wymusiciel".

Q: Zainteresowania?
A: Wnętrze czaszki w mniej materialnym tego słowa znaczeniu; znaczy się wnętrze mojej i każdego z osobna. Książkowanie. Obcojęzykowanie. Instrumencenie. Muzykosłuchanie (klasyka, jazzik, Susumu Hirasawa). Medytowanie. Rozważaniowanie. Naturokontakt. Wysiłek fizyczny i mentalny w zdrowym tego słowa znaczeniu.

Q: Po co ty tutaj?
A: Wywalić co nieco z siebie. Czasem małe, czasem duże. Może nawet ktoś przeczyta.

Czuję, że mogę zacząć zabawę w pisanie.
No to: do najbliższej ekscytacji.
O ile świat się nagle nie skończy...