środa, 1 czerwca 2011

PO CO SIĘ UCZYMY... W SZKOLE? -- czyli wpis na dzień dziecka.

Witam ponownie.

Temat, który chciałem przedstawić na początku okazał się za długi. Pozwoliłem sobie na selekcję. Chwilę pomyślunku. Zacznę lżej i bardziej personalnie. Tamten temat pojawi się trochę później. Jak już się pojawi, to pizdnie z grubej rury. W kazdym razie taką mam nadzieję, że tak na Was podziała. ;)


Więc będzie krócej, od serca.


Zamykamy oczy. Wyłączamy cokolwiek, co nam przeszkadza się skupić. Myślimy o szkole. Teraz idą pytania. Czy wiedzieliśmy po co tam jesteśmy? Czego w niej tak naprawdę się uczyliśmy? Czego chcieliśmy się nauczyć, jeżeli w ogóle? Czy może było w niej coś dla nas istotniejszego? Czy my się chociaż trochę chcielśmy uczyć tego, co nam oferowała szkoła? A może była ona nam do szczęścia zupełnie zbędna?

Odpowiem na te pytania teraz.
Jak teraz się zastanawiam, to był przymus. Nie wiedziałem po co tam jestem. Historia ta sama dla każdego z nas. W końcu to tylko rodzice oznajmili nam (no, mi tylko matka), że tam idziemy, a my w naszej naiwności i pozytywnym nastawieniu do świata się na to godziliśmy. Ba! Z pewnością niejedno z nas mówiło, że będzie tam chętnie chodzić, że będzie się cieszyć z nowych znajomości. I wtedy <bach!> To ciężko upadła rzeczywistość właśnie. Już pierwszego dnia w szkole miałem ciężko. Grupa domniemanych kolegów okazała się bardzo agresywnie w stosunku do mnie nastawiona. Więc nie miałem szans się dostosować do tej grupy. Pierwsza różnica zdań rzutowała na pierwsze 6 lat mojego pobytu w szkole. A co na to dorośli w szkole? Jako dzieci, nie mamy siły krzyczeć słyszalnie. Jesteśmy wtedy jak złowione ryby. Nie mamy głosu. Gdyby oni słyszeli krzyk, potrafiliby chociaż współczuć. Z pewnością byłem tam nie po to, żeby się uczyć, tylko żeby dostać dość sporo kuksańców; żeby mi wmówiono, że jestem słaby i biedny, żebym się dowiedział, że za moimi plecami nie ma nawet na co upaść, że można spadać w nieskończoność. Wnioski są tak rozłożone w czasie, że wyciągam je dopiero od niedawna. Dopiero teraz się dowiaduję i widzę, że był to okres czasu z którego teraz muszę się otrząsnąć. Nauczyłem się też budować sobie maski. Po to mi była szkoła.

A czego tam się uczyłem? Na pewno nie przedmiotów szkolnych. Raczej tego, jak zostać niezauważonym; jak wrócić do domu bez nawiedzin ludzi, którzy mnie męczyli (teraz prawie wszyscy z nich mają do czynienia z kryminałem)? Z tego powodu miałem wielkie problemy z uczeniem się. Nie miałem tego komfortu.  Nauczyciele nie potrafili odsunąć ode mnie tych ludzi. Czy chętnie przychodzicie w miejsca, gdzie Was krzywdzą? I nawet nie wiadomo jak się zmór pozbyć? 
W liceum w końcu miałem zajęcia z angielskiego, gdzie byłem jedną z bardziej błyszczących osób w szkole, bo radziłem sobie niegorzej niż niejeden dzieciak, któremu rodzice fundowali prywatne korepetycje. 

Czego się chciałem nauczyć? Zawsze miałem pociąg do stworzenia czegoś fajnego, w miarę wielkiego. Plany przyszły stosunkowo niedawno, jednak musze przyznać, że gdyby nie te długie lata błądzenia po szkole (i studiach), dzisiaj bym nie doszedł do tego, do czego doszedłem. Mam na myśli długotrwałe grzebanie w śmieciach merytorycznych, w materiale nauczania i głównie gałęziach wiedzy, które samodzielnie odkrywałem. Jestem świadomy tego, że jest to proces długotrwały, ale bardziej opiera się on na psychice danej osoby. Na pewno nie na tym, co trzeba było opanowywać w szkole, a co się już i tak zapomniało.

Istotne w szkole? Walka ze sobą. Udebilnione próby nawiązywania kontaktu z ludźmi i przeforsowanie się przez to. To było istotne. Nie wychodziło, bo forsowałem, bo byłem głęboko zraniony i z tego powodu za mało otwarty.
W szkole brakowało mi osoby, która by znała odpowiedzi na moje pytania i potrafiłaby mnie nakierować na to, co mnie naprawdę interesuje. Wymusicieli nie obchodziły tam moje potrzeby.

Jeżeli będę pracować w szkole, priorytetem będzie nawiązanie dobrego kontaktu emocjonalnego z uczniami i w razie ich pytań, nakierowanie na cel. Wiem już, że materiał przerabiany na zajęciach jest mało istotny. Ważniejsze jest przekazanie sposobu myślenia. Chyba, że pojawiają się pytania. Najlepiej jest już pozwolić młodemu człowiekowi, po zmotywowaniu, samemu coś odkryć. Jeżeli uczeń pójdzie się za głosem intuicji w zbieraniu wiedzy i korzystaniu z niej, dojdzie dalej niż osoba opierająca się wciąż na słowach ludzi, którzy nie zaistnieli w naszym życiu nigdy (np. autorzy podręczników) i nigdy nie zaistnieją (np. martwi naukowcy, pisarze). Myśli i wiedza są wolne. Przykładami jednostkowymi na to, że własnie tak to działa, są chociażby w naukach ścisłych Einstein i Mandelbrot, a z twórców, to np. mój ulubiony poeta, e.e.cummings, który całą młodość uczył się o języku i o klasycznym pięknie, żeby na przyszłość to wszystko zniszczyć i przerabiać wedle własnego widzimisię w poezji.

Jednak krytycznie o szkole powinna mówić osoba, która już z niej wyszła. Tacy krytycznie patrzący na szkołę ludzie, powinni się stać nauczycielami. Nawet i niekoniecznie w tej instytucji. Ale dlaczego, to może kiedyś indziej. Może jak w komentarzu ktoś się mnie o coś zapyta, pojawi się wpis? Plany są po to, żeby je zmieniać! :)

a kto nie zna, niech zobaczy Mononoke Hime :)

4 komentarze:

  1. i dlatego ja już nie ćwiczę karate ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja przez podstawówkę na szczęście przebrnąłem raczej bezstresowo. Fajnie zrobiło się dopiero w technikum, gdzie musiałem praktycznie uciekać z mojej klasy, gdyż podobnie nie pykło "dopasowanie" się do grupy. Zmiana klasy, zakaz zbliżania się oprawców, te rzeczy. Niestety, pełne dwa lata spędziłem w takim stresie, że myśli samobójcze to była norma.

    Nie jestem mściwy, ale znajduję obecnie cichą satysfakcję w fakcie, że zdecydowana większość tych patałachów skończyła w kolejce do pośredniaka, przy łopacie, na garnuszku rodziców, a jeden z nich w więzieniu i widzą mnie za kierownicą niezłego samochodu z piękną kobietą (niedługo żoną) u mego boku.

    Mogę też całą pewnością stwierdzić, że tu, gdzie teraz jestem, nie dotarłem dzięki przymusowemu systemowi edukacji a raczej dzięki własnemu drążeniu tematów i zainteresowaniom. Ubolewam nad faktem coraz większego wypaczania programu nauczania. A o autonomii w szkołach jeszcze długo będzie można pomarzyć. Nie wracam do tego zawodu, bo uważam, że to przegrana ścieżka. W każdym razie, życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odkąd zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie chodzę do tej szkoły (a nastąpiło to wkrótce po tym, jak poszłam do liceum), zaczęłam stawać się tak zwanym "degeneratem społecznym". Dotarło do mnie, że siedząc tam siedem godzin tracę tylko czas. Nauczyciele nie są w stanie przekazać mi wiedzy; większość z nich albo zachowuje się, jakby był to tylko przykry obowiązek, pozostali klepią z pamięci formułki głosem zniechęcającym do życia, inni tych lekcji w ogóle nie prowadzą... Dzień w dzień - siedem zmarnowanych godzin życia. Pomijając nieliczne lekcje, na których naprawdę można się czegoś nauczyć. To jest tym smutniejsze, że w gimnazjum (które zresztą było dla mnie podobnym doświadczeniem co dla Ciebie podstawówka) postawiłam sobie za cel dostać się do najlepszego liceum w mieście, coby odizolować się od nieambitnych krzykaczy, którzy potrafili tylko znęcać się nad osobą, która stawiała przed sobą inne cele niż picie wódki w lesie i bzykanie się po krzakach z kim popadnie. A w tym najlepszym liceum w mieście... Smutna rzeczywistość. Część przedmiotów uważam za zupełnie niepotrzebną w takiej formie, w jakiej podaje się je w szkole; tych, które mnie interesują, które mi się naprawdę przydadzą jestem w stanie nauczyć się sama w domu. Przez takie myślenie zaczęłam wagarować, zjechała mi średnia, przez co dla własnej matki stałam się osobą bez wartości. Przy czym... Muszę sama nadrabiać materiał do rozszerzonej matury z bio-chem, bo stwierdziłam na profilu mat-inf, że na politechnice chyba minęłabym się z powołaniem; i teraz, po pół roku samodzielnej nauki, mam większą wiedzę od piątkowych uczniów z b-ch... W zasadzie jedynym plusem szkoły, jaki widzę, to wypełnianie ludziom czasu na siłę, zmuszanie ich do ruchu, bowiem z doświadczenia wiem - zbyt wiele wolnego czasu prowadzić może niekiedy do złych stanów psychicznych. Ewentualnie uczy też interakcji z idiotami, których tak czy tak w życiu nie unikniemy, niestety.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń